czwartek, 2 kwietnia 2009

Faszyzm, albo przetrwanie

Stirlitz otrzymał pocztówkę z Aurorą i zaproszenie na paradę zwycięstwa do Moskwy. Oglądając tą pocztówkę Stirlitz rzekł był od niechcenia, że bez rewolucji nie ma rzeczywistej zmiany ustroju i stąd biorą się jego pesymistyczne spojrzenia na przemiany, które miały miejsce w Polsce przy okrągłym stole. Dla przykładu towarzysze, którzy przeszli na faszyzm nadal są u władzy. Teraz mamy kryzys i pozostaje jedyna nadzieja, iż system okaże się tak niewydolny, jak uprzednio komunizm i upadnie pod własnym ciężarem zanim zaawansowane środki techniczne zrobią z nas niczego nieświadomych niewolników. Z rewolucją jest jak z malowaniem ścian - trzeba powtarzać proces ciągle od nowa, bo jednorazowe działanie nie ma głębszego sensu.

Fakt, wiele zależy teraz od polityków i partii, no tej, jedynie słusznej.;-) Milton Friedman pisał był kiedyś, że urąga zasadom demokracji proceder kupowania przez bogatych polityków głosów wyborców. Dziś biedacy płacą za głosy wyborców, tyle że absolutnie nie mają wpływu na to, do kogo trafiają pieniądze przeznaczone na finansowanie partii. Rozwiązanie jest jak zwykle banalnie proste, jednakże nieakceptowalne przez główny nurt polityków umoczonych po uszy w różnego rodzaju układy. Wystarczyłoby przecież, aby to podatnicy decydowali, jakie partie dostaną od nich pieniądze na działalność. Może by tak przeznaczyć na to 1% z podatku i każdy, kto ma takie życzenie wybrał by swoją ulubioną partię, na którą pójdzie zadeklarowana kwota. Gdyby finanse okazały się zbyt skromne, to każdy startujący w wyborach polityk mógłby wyłożyć na swoją osobistą kampanię, dla przykładu, do dwukrotności średnich krajowych. Brunner mówi mi, że taki pomysł by nie przeszedł, ponieważ trudno byłoby mieszać przy tych ogromnych pieniądzach, które idą na kampanie wyborcze polityków, a jak wiadomo, w mętnej wodzie ryby pływają;-) No i komu potem politycy mogliby wyrazić swoją wdzięczność. Do czego to byśmy doszli, gdyby nie daj Bóg, politycy zaczęli nagle działać na rzecz obywateli, którzy ich wybrali?

Podobno straty instytucji finansowych wynoszą około 700 bilionów dolarów, czyli tak na oko to światowa gospodarka nie karmiąc nikogo przez 12 lat musiałby to odrabiać. Straty jak widać są niepokrywalne w inny sposób niż parszywienie pieniądza (hiperinflacja) lub wojna, albo mix z tych dwóch powyższych. Premier Chin, Wen Jiabao powiedział dla pani Clinton, że bardzo ceni sobie przysłowie, które mówi, że wszystkie kraje powinny w sposób pokojowy przeprawić się przez rzekę, ponieważ są w tej samej łódce. Szczęśliwie, jak na razie, wiosłujemy w tą samą stronę. Wygląda na to, że sprawa jest na tyle poważna iż nie da się wykluczyć katastrofalnego dla świata rozwiązania. Szereg amerykańskich jastrzębi chciało by zjeść chińskiego koguta, tyle, że rok koguta minął i teraz mamy rok wołu i trzeba się zaprząc do roboty zamiast krążyć myślami w odmętach wojny.

Zastanawiam się, w jaki sposób prosty obywatel może obronić się przed zwierzęcą chciwością zachodnich funduszy inwestycyjnych i banków, w sytuacji, kiedy kryzys nie oszczedza nikogo, wszędzie maleje dochód narodowy, a zyski firm spadają. Ostatnio na giełdzie powiało optymizmem, ale na czym ten optymizm jest oparty? Na nowych elektronicznych drukarkach, czy na wprowadzeniu kreatywnej księgowości i prawie zezwalającym na jawne fałszowanie w księgach handlowych?

Lewicowy "Liberation" nawołuje, aby spotkanie G20 naprawiło kapitalizm będący na skraju bankructwa. Jakieś kolejne lewicowe mrzonki w stylu światowego zarządzania gospodarką, które to zarządzanie stanie się gładkim pretekstem, aby wszystkich na tym świecie zacząć trzymać krótko za mordę. Większość oficjalnych lewicowych idei opiera się na typowym zamordyzmie, w którym kapitalizm prywatny miałby być zastąpiony przez kapitalizm państwowy, a społeczeństwo i jego głosy będą pominięte. Tylko jaka jest z tego korzyść dla ogółu społeczeństwa? Jedynie system, który naśladuje naturę w gospodarce ma szansę na rzeczywisty rozwój społeczeństwa i jednostek i być może położy kres niebezpiecznemu marnotrawieniu zasobów. Monokultura się nie sprawdza, zarówno w wersji za zielono, jak i na czerwono. Wymaga to jednak wprowadzenia do gospodarki mechanizmów uniemożliwiających zbytnią koncentrację zasobów materialnych, a tym samym eliminującą zbyt wielką koncentrację władzy. Teraz pytanie nie brzmi - być, albo nie być. Kryzys to nie kolejna odsłona dylematów Hamleta. Teraz, jak mawiał Chomsky, mamy do wyboru albo faszyzm i powiązaną z nim hegemonię władzy, kapitału, własności - albo przetrwanie.

2 komentarze:

  1. Witaj Hans, ta świnia Brunner napompował dziurawą oponę i zezowaty musi o tym napisać, bo to fascynująca socjotechnika jest. Mi kopara siada. A słońce jak w lecie, jak tu macać klawisze?
    Mam prezent: https://www.box.net/file/272512760/encoded/21351876/d0c9810569b371f52f899c393a7adf91
    z bibilioteczki.
    Jak wynajdziesz ebooki Minskiego, zapraszam, włożę tam ku chwale ojczyzny i kaganka oświaty. Widzisz, w tym kryzysie przykutwiam :0)

    OdpowiedzUsuń
  2. Don Pedro to moje wcielenie z kreskówek;-), a eboki Minskiego wyszpieguje w internecie - wkrótce.

    OdpowiedzUsuń

free counters Silver charts on InfoMine.com Silver charts on InfoMine.com Ogólnopolska Akcja Bojkotu Mediów III RP