wtorek, 29 czerwca 2010

Demokracja, czyli iluzja

Zaczęliśmy wywoływać duchy, tradycyjnie, świeczką i szpirytusem;-) Długo nic nie było, aż tu nagle z krzaków wychodzi sąsiad Sołtysa i zaczyna gadać niczym "drogi" Geremek. - Demokracja nie jest zabawką dla nieodpowiedzialnych i niedouczonych obywateli, którzy do niej nie dorośli. - zaczęła gadać postać przebrana za sąsiada - Istotę współczesnej odmiany demokracji stanowi porozumienie elit, które dopiero po odpowiednio długim i skutecznym przygotowaniu medialnym, może zostać przedstawione społeczeństwu do zatwierdzenia a zarazem do podtrzymania iluzji o tegoż społeczeństwa, decydującym głosie. - W tym momencie nie wytrzymałem i zaśmiałem się na głos, a dziwnie gadająca postać zatoczyła się i upadła w krzaki - Może to rzeczywiście był Bronek? - zaczął zastanawiać się Sołtys, ale wtedy obudził się śpiący z głową na stole Stirlitz i powiedział, że to nie Bronek, ale specjalista od śrubek.  - No bo wiecie - zaczął tłumaczyć Stirlitz - są w tych krzakach specjaliści od śrubek. Kiedyś jednemu Kaczorowi  poluzowali oni  śruby mocujące jedno z kół w samochodzie i omal nie uległ on śmiertelnemu wypadkowi. Specjaliści od śrubek są jak dusiołki, nie widać ich, nie słychać, a narozrabiać mogą. O zobacz - Stirlitz wskazał na stojący przed nim laptop - Nawet tutaj cynicy piszą, że specjaliści śrubkowi podobni są do krasnoludków, tyle, że krasnoludki robotne są i bardzo się spieszą aby obstawić kontaktami operacyjnymi funkcje w NBP i IPN - po czym popatrzył raz jeszcze na krzaki, położył głowę na stół i zasnął snem sprawiedliwego. Wstałem, przysunąłem materac i ruchem Wikinga uprzątnąłem Stirlitza ze stołu, a potem znów zacząłem się śmiać.

Po szklaneczce bimbru i zapaleniu fajki nabitej tytoniem i lulką zaczynają mnie śmieszyć rzeczy zazwyczaj poważne. Najbardziej śmieszą mnie listy otwarte uczonych głów i wystąpienia autorytetów, na przykład Wajdy. Świat się zapali, złoty zamieni się w papier, a krowy przestaną dawać mleko jak coś tam tego, tamtego;-) Kiedyś słyszałem anegdotę o Einsteinie i jego teorii. W ówczesnych Niemczech teorie tego Żyda były dyskredytowane i ukazał się wtedy w prasie list otwarty podpisany przez prawie stu aryjskich naukowców, którzy twierdzili, że jego teoria jest fałszywa. Gdy o tym dowiedział się Einstain, to rzekł był tylko jedno zdanie - Gdyby teoria była fałszywa wystarczyłby dowód podpisany przez jednego naukowca. -

Podpieranie się autorytetami nie prowadzi do rzeczowych dyskusji, a co najwyżej zaprzecza ich racjonalności. Często też w dyskusjach z autorytetami pojawia się temat, czy Polacy potrafią korzystać z demokracji. - A z czego tu korzystać - wtrącił się w moje rozmyślania Sołtys - skoro ludzie nawet dyrektora w szkole zmienić nie mogą przez głosowanie, a jedynie pokazać komuś środkowy palec raz na cztery lata, a i to nie zawsze wiadomo, komu go pokazują - zakończył.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Gospodarczy plan POlski dla Niemiec

Statystyki sobie, a życie sobie. Czar Najjaśniejszej Rzeczypospolitej powoli pryska i pokazuje, że lepiej nie będzie, ale za to będzie weselej. Odprysk trafił właśnie w niemiecki rząd federalny, który wzorując się na polskiej władzy rozpoczął u siebie reformy.  Na razie nic nie wiadomo, czy niemiecka władza planuje wyprowadzenie swoich wojsk z Afganistanu, ale już przebąkuje się o likwidacji obowiązkowej służby wojskowej i jest plan budowy nowych boisk - Adlerków, przez co gospodarka Niemiec ma zrównać się z Polską. Na razie ministrowie - kibice, nieco obawiają się sukcesów piłkarskich, które mogłyby przyćmić sukcesy reprezentacji Polski na mundialu. Miarą osiągnięć niemieckiej gospodarki ma być zwiększenie ogólnego bezrobocia do poziomu co najmniej12%, ze zwróceniem szczególnej uwagi, aby utrzymywać je, podobnie jak w Polsce, na najwyższym poziomie wśród młodych, wykształconych ludzi. Bezrobocie powinno zdecydowany sposób uzdrowić gospodarkę Niemiec. Odbywać się to będzie poprzez emigrację najwartościowszych grup ludności. Już teraz wszyscy chcą mieszkać w kraju, który jest jedyną zieloną wyspą w EUropie;-) Zapewne spełnią się też marzenia wielu teoretyków od demografii co do konieczności podwyższenia wieku emerytalnego. Na razie postulowane jest podniesienie wieku emerytalnego do 70 lat, ale optymalne byłoby podnieść go do 100 lat, wtedy oszczędności przewyższyły by wydatki emerytalne. Zlikwidowana ma też być federalna możliwość pomocy państwa dla strategicznych działów gospodarki narodowej, poprzez co zmusi się  te działy, wzorem Polski, do bankructwa. 

Zieloni podobno już zgodzili się na planowane reformy. Przekonały ich do tego polskie statystyki, wg których 20% Polaków nie może sobie pozwolić na wystarczające ogrzanie mieszkania. Uff! Jakie to ekologiczne! Do tego dochodzi te 21%, które nie może sobie pozwolić raz na dwa dni jeść mięso, drób, rybę albo ich wegetariański, pełnowartościowy zamiennik. W tym miejscu część Zielonych z frakcji wegetarian nieco pokręciło nosem, ale podbudowało ich to, że 17 % Polaków nie stać na samochód, przez co są zmuszeni do korzystania z komunikacji publicznej i roweru (o ile ktoś rower posiada;-)

Nie wiadomo dotychczas, co niemiecki rząd zamierza zrobić z sądownictwem, bo są jeszcze sądy w Berlinie. Bundespolicja intensywnie szuka, ale ale nie ma na razie chętnych na pełnienie roli Sekuły. Sekuła, jak wiadomo popełnił samobójstwo. Biedaczysko zastrzelił się z własnej strzelby myśliwskiej kilkoma strzałami w brzuch - z czego raz lub dwa chybił. Nawet Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka stwierdził, że to samobójstwo było naturalne i zrozumiałe, ze wskazaniem na zrozumiałe;-). Pora by przyzwyczaić i Niemców do podobnych przypadków. Niemieckie społeczeństwo zna już wprawdzie podobne wypadki, ot choćby Ulrike Meinhof, która popełniła samobójstwo w celi w 1976 roku, ale były to dotychczas wyjątki, które teraz mają być twórczo rozwinięte. Po czymś takim łatwiej byłoby o niemieckich odpowiedników  Rycha, Zbycha i Mira. Jeszcze, jakby udało się poskromić ten cholerny trybunał federalny, i ten jego wygłup o wyższości niemieckiej konstytucji nad prawem unijnym. W końcu w Reichu nie jest mniej baranów niż w Polsce, którzy wszystko łykną. Policja jak wiadomo jest super, a wiara może czynić cuda, szczególnie, gdyby Niemcom udało się osiągnąć tak niski poziom korupcji, jak w Polsce po akcji czyste ręce Cimoszewicza;-)

Eksperci ekonomiczni na usługach niemieckiego rządu podkreślają, że po reformach biedy nie będzie widać. Prawdziwa bieda i nędza, wg wspomnianych speców,  uwidacznia się dopiero o zmroku, kiedy na ulicę wychodzą prawdziwi biedni i ubodzy ludzie, aby ustawić się w kolejce do miejskich śmietników i poszukać tam niedojedzony potraw i napojów. W ten sposób z niemieckiej gospodarki wyeliminuje się kolejny niepotrzebny element, który ze względu na wysoki socjał wyprowadzi się do Polski, Grecji, albo do Hiszpanii;-)

piątek, 18 czerwca 2010

Gra w sprajta, czyli o (nie)zależności katastrof

- No to się zawiodłem! Szczególnie tą kostką, którą rzucał ZeZorro*! - powiedziałem na głos. No i zaczęła się dyskusja. Brunner zaproponował, aby wysłać Wafen SS, zaaresztować kostkę i poddać ją badaniu, a w końcu sama się przyzna, kto jej w tym pomagał. - Głupiś! - wtrącił Miller. - Jak zaczniesz naciskać kostkę, to ta ci takich głupot nagada, że 1/6 przy tym to będzie nic. Zwariujesz od tego!- ostrzegł Brunnera. Wtedy Stirlitz wpadł na pomysł gry w sprajta. Gra polegałaby na tym, aby rzucać kostką, zapisywać wyniki, a prawdopodobieństwo wyliczy się potem. Gra zaczynałaby się od wyrzucenia innej liczby oczek niż sześć, a kończyłaby się gdy została wyrzucona szóstka. Po serii rzutów wyliczyłoby się częstość występowania szeregów. No i wtedy zaczęło się szaleństwo. Rzut kostką, brzdęk szklanek, zagrycha, toast, picie do dna i tak dalej w dowolnej kolejności. Wreszcie nie wytrzymałem i zadzwoniłem do młodszego zastępcy kandydata na szpiega. - Przygotuj mi na jutro rano analizę częstotliwości występowania długości szeregów przy grze w sprajta - powiedziałem głośno do słuchawki - Ja vol, mein General!- usłyszałem po niemiecku z ukraińskim akcentem. -Awansowałem?! - i wtedy dotarł do mnie głos Sołtysa - Odłóż tą butelkę i przestań do niej gadać, bo jeszcze pęknie! -

Rano obudziłem się z ogromnym bólem głowy, a na szafce oprócz karafki z wodą znalazłem wykres. Prawdopodobieństwo posteriori, tj częstość wystąpienia szeregu, w którym szóstka losowana była w n-tym rzucie układała się w krzywą Gausa Poissona. - Skąd Gaus Poisson o tym wiedział, no ale jak to się ma do niezależności rzutów kostką? - zacząłem się głośno zastanawiać. Wtedy zjawił się Muller i stwierdził, że ze mnie dupa, a nie naukowiec. Niby coś tam ciągle badam, ale nic nie publikuje. - Jak to nie publikuję! - zacząłem się bronić - Zawsze publikuje swoje badania w dwóch egzemplarzach.O tutaj mam zeszyt, gdzie mi Sołtys kwituje odbiór jednego! - Wtedy Miller wziął ode mnie zeszyt i zaczął czytać - Bolek, pokwitowanie na 500 zł za donos na Andrzeja, Hrabia 600 zł za donos na ... - i wtedy wyrwałem mu zeszyt - To chyba nie ten. Kiedyś Ci jeszcze go pokaże. - zapewniłem bez przekonania. Wychodzi na to, że jak rozpatrujemy rzucanie kilkoma kostkami na raz, to rzuty są niezależne, a jak rozpatrujemy szereg rzutów po kolei  jedną kostką, to nadal mamy niezależność zdarzeń, ale jakby nieco mniejszą;-)  Dotychczasowa seria wyników zaczyna mieć  istotne znaczenie statystyczne. Działa prawo wielkich liczb.

Wyszedłem na taras zaczerpnąć świeżego powietrza. Znaczy się katastrofy są losowe, ale nie są niezależne. Zależą oczywiście od Benków, helikopterów, Belek, Trichetów, a nawet samolotów Tu i innych niezależnych przypadków, którymi nas pokarał Bóg w swojej łaskawości. W końcu dotyczą jednej planety na której mieszkamy. Dołączył do mnie Sołtys i zaproponował, aby wysłać list do jakiegoś profesora, a ten z pewnością zwoła jakiś panel spin doctorów. Wtedy pośle się Sołtysową przebraną za studentkę i ta zanotuje, co najgłębsze umysły w Polszcze o tym sądzą. - E, Sołtysowa się nie nadaje. - zaczął marudzić Miller. - Poślij córkę, którą przebierzemy za studentkę - zaproponował. - Ależ moja córka jest studentką i nie trzeba jej przebierać - zaoponował Sołtys - No to nici z konspiracji !- zakończył Miller i poszedł przynieść z kuchni kiełbasę, chleb, kiszone ogórki i bańkę samogonu. A nuż będzie potrzebna, aby rozwinąć tfórczo jakąś nową idee.-)

Update: 28 lipca
Swoją drogą będę musiał Sołtysowi przypomnieć o wymianie filtrów w aparacie destylacyjnym, bo po przepiciu widzę świat jedynie czarno-biały i rozkłady Poissona zamieniają się w rozkłady Gausa. Od bimbru czasami rozum staje na głowie, przez to na głowie również staje parametr λ, który określa wartość oczekiwanej;-)

-------------------------------------------------------
* Dotychczasowa seria wyników nie ma wciąż żadnego znaczenia statystycznego dla kolejnego rzutu[...]. Żebyś nie wiem ile tysięcy szóstek po kolei zaliczył, kolejny rzut daje prawdopodobieństwo (wyrzucenia) szóstki równe dokładnie 1/6.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Ekonomia katastrof, czyli generowanie bodźców.

Niedawno przysłano mi książkę The Black Swan: The Impact of the Highly Improbable i zaraz po jej przeczytaniu naszła mnie myśl, iż ekonomiści nie zajmują się ryzykiem. Z kolei zarządy najczęściej przeceniają swoje możliwości. Generalnie ludzie przeceniają swoje możliwości i niedoceniają siły żywiołów oraz skutków katastrof. Wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej i powódź w Polsce są tego jak najlepszym przykładem. Jednym z największych błędów popełnianych przez polityków i ekonomistów, jest przekonanie o zarządzaniu ryzykiem. Problem polega na tym, że im większe ryzyko, tym mniejsze są możliwości panowania nad nim. Nad ryzykiem wybuchu wojny bądź globalnej katastrofy nikt nie panuje i nie sposób tym ryzykiem zarządzać. Z kolei ekonomia uczy nas, że mechanizm cenowy dla sytuacji katastrofalnych generuje właściwe bodźców gdy zdarzenie ma już miejsce, ale ten sam mechanizm nie działa gdy istnieje duża niepewność co do prawdopodobieństwa katastrofy. Wolnorynkowcy sami tworzą problem poprzez mitologizowanie mechanizmów rynkowych. Bodziec cenowy, to nie wszystko, podobnie jak informacja o wylosowanych liczbach w grze losowej. Przez analogie do gry, rzecz można, iż bodziec cenowy jest jak informacja o wylosowanych liczbach już po losowaniu - jest to informacja w zasadzie mało użyteczna i nie do zastosowania w życiu codziennym. Bazując na historii nie da się  zarządzać ryzykiem, ponieważ psychologia ludzka nie daje się opisać za pomocą znanych nam równań. Tym nie mniej nawet taka niewielka informacja może posłużyć do szacowania strat, jeśli zastosuje się algorytmy genetyczne, chaos i fraktale, a zdarzenie potraktuje się jako mutacje. Istnieją różne model EWS, ale zawsze koszty przywrócenia stanu pierwotnego podzielone przez prawdopodobieństwo zdarzenia pozwalają oszacować wielkość strat. 

Stirlitz nazwał szacowanie strat dla katastrof metodą odwrotnej gry w kości. Wyobraźmy sobie, że rzucam kością do gry. Prawdopodobieństwo wyrzucenia jednej z liczb ze zbioru {1,2,3,4,5,6} wynosi 1/6. Losowania są niezależne. Teraz chciałbym oszacować prawdopodobieństwo wylosowania szóstki chociaż raz przy trzech rzutach. W sumie to proste zadanie można przedstawić tak:


p= 1- C^0_3(\frac{1}{6})^0 (\frac{5}{6})^3  \approx 0,42

A jakie jest prawdopodobieństwo wyrzucenia szóstki w czwartym rzucie, jeśli w trzech poprzednich rzutach szóstka nie padła?-). A jeśli rzucaliśmy już pięć razy i szóstka nie padła, to jak jest szansa, że stanie się to właśnie teraz? Jeśli myślisz, że nadal prawdopodobieństwo wylosowania szóstki wynosi 1/6, to się mylisz, czy nie? Pomimo iż zdarzenia nadal są niezależne, gęstość prawdopodobieństwa wzrosła;-) Czy sądzisz, że teraz na pewno padnie szóstka? Jak prawdopodobieństwo niezależne zamienia się na marginalizację i prawdopodobieństwo warunkowe? Jak zwiększa prawdopodobieństwo wylosowania zestawu liczb, które nie były losowane w Totku? Na tym mniej więcej opiera się szacowanie prawdopodobieństwa wystąpienia katastrofy.

Przekładając powyższa rozważania na życie realne i na chłopski rozum Sołtys zauważył, że prawdopodobieństwo wojny światowej rośnie wraz z ilością lat pokoju po ostatniej wojnie. To samo tyczy się krachu systemu i jego totalnego załamania, lub jak kto woli resetu, jeśli dotychczas panowała względna prosperity. Czy to oznaczać może, że po okresach względnej wolności musi nastąpić czas tyranii? Wiele na to wskazuje. Od marca 2006 roku w Unii Europejskiej, archiwizuje się dane dotyczące historii przeglądania stron internetowych. Teraz australijski rząd chce, by dostawcy internetu archiwizowali historię przeglądanych stron internetowych swoich klientów. Polski rząd chce wprowadzić cenzurę w Internecie. Mamy więc sytuację, która przypomina okres międzywojenny - kryzys, narastanie faszyzmu pod różnymi postaciami oraz wzrost napięcia międzynarodowego. Wszędzie trwa dokręcenie śruby tak, żeby masy nie miały możliwości buntu. Połączone jest to z kulturową zapaścią, a spadek swobód obywatelskich w naturalny sposób spychany jest na tańce z gwiazdami i sport jako główny sposób kanalizacji ludzkiej aktywności. Potem, po wprowadzeniu efektywnej blokady informacyjnej, wojna lub przymusowa eksterminacja, na przykład poprzez masowe szczepienia. Te czarne myśli to skutek braku wiary. Ludzie zdolni do wprowadzania eutanazji, aborcji i defilad pedałów nie mają jakiekolwiek hamulców.

Czasami władza sama robi rewolucje, aby uniknąć katastrofy. Komuniści dla przykładu mogli opozycję wystrzelać w czasie niemal każdej większej demonstracji. Mogli zabić z 50 tysięcy i mieć spokój na pokolenie, ale uznali, że im się to zdecydowanie nie opłaca. Zrobili rewolucje i uniknęli  katastrofy, albo przesunęli ją w czasie. Utrzymywanie terrorem władzy w państwie, wbrew pozorom, wcale nie wymaga jakiś niebotycznych sił. W okresach względnego spokoju liczebność bezpieki nie przekraczała kilkunastu tysięcy ludzi. Oznacza to również, że kilka, kilkanaście tysięcy zdeterminowanych ludzi może w takim kraju jak Polska przejąć władzę i zmienić system społeczno-gospodarczy. Wystarczy tylko poczekać na katastrofę, w czasie której każda władza leży na ulicy i czeka, aby ją ktoś podniósł. Katastrofy mają bowiem to do siebie, że generują mnóstwo bodźców ekonomicznych, które można wykorzystać politycznie.-)



czwartek, 10 czerwca 2010

Nie rządem Polska stoi a swobodami obywateli

Wygrałem w ubiegłym tygodniu od burmistrza w karty 100 zaświadczeń in blanco o głosowaniu poza miejscem zamieszkania. Potem burmistrz prosił mnie, abym tych zaświadczeń nie użył w jednej komisji wyborczej, bo go potem chyba powieszą;-) i wtedy przypomniałem sobie, że kiedyś u Sołtysa na popijawie, Martyna stwierdził, że ci, którzy sprawują władzę to rząd, a pozostali to nierząd. Teraz zajarzyłem, że podstawowa zasada, na której w XVI w. zbudowano potęgę Rzeczypospolitej, głosiła, iż nie rządem Polska stoi a swobodami obywateli i nic nowego bez nas! Innymi słowy, Polska jest silna, nie tym, co postanowią arbitralnie rządzący, ale swobodami, prawami, obyczajami i przywilejami obywateli Rzeczypospolitej.  To właśnie obywatelską swobodą szczyciła i pyszniła się szlachta w czasach największego rozkwitu państwa, traktując ją jako fundament sprawiedliwego ustroju. To prymat wolności i nie-rządu nad władzą stanowił istotę ówczesnej umowy społecznej, która później zamieniona w karykaturę doprowadziła do upadku Rzeczypospolitej.

Dla oceny współczesnych polityków potrzeba spojrzenia na Polskę z perspektywy prymatu wolności osobistej, politycznej i gospodarczej nad władzą. Swoją droga warto poczytać, co "liberałowie" myślą i jak działają na rzecz wolności. Nic lepiej o człowieku nie świadczy niż czyny;-)

Proponowany tu i ówdzie w Polsce system rządów powinien zwrócić się w kierunku systemu prezydenckiego, aby było jasne, kto za co odpowiada, a postulowana zmiana ordynacji wyborczej powinna zmierzać w kierunku ordynacji większościowej. Obecny system wyborczy doprowadził do tego, że tandeta i pozerstwo rozpanoszyło się szeroko wśród ludzi władzy i trzeba pogonić tych grandziarzy, aby wybrać ludzi z charakterem i tutaj jest problem. W Polsce problem polega on na tym, aby mniejszość zmobilizowała się i pogoniła samolubną większość tak, aby ta zmieniła swoją  mentalność i zmieniła nasz kraj. Nie jesteśmy zdani tylko na  Boże coś Polskę. Skoro ten marionetkowy rząd nie poczuwa się do odpowiedzialności za cokolwiek w tym kraju, to trzeba taki rząd zmienić, a polityków przegonić z życia społecznego. Na razie jesteśmy skorumpowanym do cna społeczeństwem, gdzie ani prawa ważą, ani sprawiedliwość ma miejsce, ale wszystko złotem kupić trzeba i koneksjami. 

Na Boże Ciało byłem w Paryżu i popijałem czaj z Ahmedem, który pilnuje tam, aby miejscowi nie rozgrabili mi interesu. No i pomimo, iż alkoholu ani ja, ani ten muzułmanin nie piliśmy, rozmowa zeszła na tematy polityczne. Podobno ulica we Francji jest w przedrewolucyjnym wrzeniu, ale teraz idą wakacje, wiec do jesieni będzie spokój.-) Trochę mu opowiedziałem o wyższości islamskiej bankowości nad zachodnimi rozwiązaniami, no i dogadaliśmy się. Ahmed za kilka kałaszy i skrzynkę patronów ma mi na kilka dni wcześniej dać znać, jak by już ciemnoskórym Francuzom zaczęły puszczać nerwy;-) Swoją drogą, to na muzułmańskiej rewolucji na Zachodzie Europy można by było nieźle zarobić;-) Stirlitz posłuchał moich opowieści i pojechał z Brunnerem nad Bajkał na ryby. W sierpniu i wrześniu będzie już można polować na łosie. Skoro wszystko jest pod kontrolą, to po co psuć sobie wakacje;-)


wtorek, 8 czerwca 2010

Gruppenführer KAT

Pozwoliłem sobie metodą kopiuj/wklej od Łażącego Łazarz wyszpiegować fragment tekstu, który doskonale wpisuje się w serwowane przeze mnie dla Centrali opowieści szpiegowskie;-) Czytamy, czytamy i ... myślimy;-)
-------------------------------------------------------------

[...]Jeżeli to był zamach, to musiał on być od dawna przygotowywany. Przygotowania musiały być trojakiego rodzaju: techniczne przygotowanie sposobu dokonania zamachu, przygotowanie ukrycia (zatuszowania) faktu zamachu oraz „wystawienie” ofiary. Polem naszych rozważań nie były techniczne sprawy ani sprawy tuszowania, skoncentrowaliśmy się za to na kwestii najważniejszej i najłatwiejszej do zbadania. Kto „wystawił” Lecha Kaczyńskiego i jego otoczenie zamachowcom? Mając bowiem wewnętrzne przekonanie, iż do katastrofy doszło w wyniku zamachu wydało się nam (osobom zaangażowanym w dyskusję) logiczne, że kombinacja operacyjna polegająca na doprowadzeniu do wylotu określonym czasie do Katynia samolotu z Lechem Kaczyńskim ortaz ludźmi niewygodnymi Moskwie na pokładzie musiała zostać dokonana z pomocą osoby, zdrajcy, będącym rosyjskim agentem.
Podczas naszej dyskusji i przeglądu jawnej dzisiaj korespondencji naszym oczom ukazała się następująca prowokacja przeciwko Prezydentowi RP, opozycji i porządkowi konstytucyjnemu Państwa Polskiego. Przy tym prowokacja zawierająca wyraźny podpis kata, który doprowadził do śmierci 96 osób i zagroził suwerenności Polski. Nazwijmy tego zdrajcę: Gruppenführer Kat.
Jest rok 2009, jak co roku, na wysokości grudnia rozpoczęły się przygotowania Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa do organizacji uroczystości w Katyniu w kwietniu przyszłego roku. Ze względu na wyjątkowy charakter planowanych obchodów, w związku z 70 rocznicą ludobójstwa, o wszczętych przygotowaniach Andrzej Przewoźnik informował (wpierw nieoficjalnie) Kancelarię Prezydenta, Kancelarię Premiera oraz szereg instytucji i organizacji pozarządowych.
Prezydent RP Lech Kaczyński był sprawą żywo zainteresowany, świadczą o tym pisma informacyjne o podobnej treści jakie Kancelaria Prezydenta skierowała w dniu 27 stycznia 2010 roku do Andrzeja Przewoźnika, do Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz do Ambasadora Federacji Rosyjskiej
Oto jedno z nich:



Dwa dni później Mariusz Handzlik z Kacelarii Prezydenta zwraca się jeszcze raz do Andrzeja Przewoźnika z prośbą o informację dotyczącą stanu obchodów. Do tego bowiem czasu nie znana jest dokładna data uroczystości organizowanych przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.


Na powyższe pismo nadeszła zapewne odpowiedź natychmiastowa o dacie 10 kwietnia, która to informacja musiała być przekazana także MSZ-owi.
Od tej pory zaczyna się wspólna akcja grupy zadaniowej Rosyjsko-Polskiej której efektem miało być wystawienie zamachowcom Prezydenta RP, jego brata oraz licznego grona ich współpracowników i osób niewygodnych Rządom Rosji i Polski.
Najpierw Donald Tusk ogłasza, że 3 lutego odebrał telefon od Premiera Władymira Putina z zaproszeniem do wspólnego uczczenia pamięci ofiar Katynia. Uroczystości miały się odbyć w pierwszej połowie kwietnia 2010 r..
Zwróćcie uwagę, że nikt jeszcze wtedy nie mówił o dwóch różnych datach uroczystości. Opinia publiczna, a głównie Prezydent RP miał być przekonany, że chodzi o te same uroczystości, na które on się wybierał.
Prezydent zaskoczony nagłym zaproszeniem personalnym czeka na odpowiedź Rosjan na pismo z 27 stycznia. Rosjanie jednak nie zamierzają niczego potwierdzać i udają głupich. Czekają bowiem, zgodnie z założonym scenariuszem, aż Prezydent RP zadeklaruje swoją obecność dokładnie na 10 kwietnia.
Tą grę zauważa Szczygło, nie potrafi jednak wyraźnie zidentyfikować jej celu.
Tegoż dnia zniecierpliwiony Prezydent zaprasza Ambasadora Rosji na rozmowę o uroczystościach katyńskich, która ma się odbyć w Pałacu Prezydenckim w dniu 23 lutego.


Postawieni w trudnej sytuacji Rosjanie (bo ileż czasu po rozmowie będą mogli milczeć?) naciskają na swoich agentów do pilnego wyduszenia z Prezydenta RP daty jego lotu do Katynia. Klamka musi zapaść zanim przyznają się, że już dawno jest ustalone spotkanie Putin-Tusk na 7 kwietnia.
Prawdopodobnie dlatego, akurat 23 lutego Andrzej Kremer kieruje do Kancelarii Prezydenta pismo gdzie pada pierwszy raz data 10 kwietnia i kategoryczne wymuszenie (ze względów organizacyjnych) potwierdzenia tej daty wylotu.

Pismo to sygnowane osobiście przez Kremera musiało być inspirowane przez Tomasza Arabskiego z Kancelarii Premiera Donalda Tuska (co możemy poznać po liście „do wiadomości”) gdyż to Kancelaria Tuska bezpośrednio wtedy rozmawiała z Kancelarią Putina. Ta inspiracja byłaby niemożliwa bez zgody Radosława Sikorskiego przełożonego Andrzeja Kremera. Możemy sobie wyobrazić, że było to mniej więcej tak: „Słuchaj Andrzej – mówi Sikorski – zgłosi się do ciebie Tomek Arabski w sprawie pisma do Prezydenta, niech się kurde w końcu określą, że polecą dziesiątego. Wierz mi, ważne”.
Zastanawiając się tutaj nad osobą agenta wpływu musimy zdawać sobie sprawę, że;
1. Była to osoba kluczowa w kontaktach zarówno z Rosjanami jak i z innymi resortami, 2. Musiała być to osoba znakomicie zorientowana w przebiegu korespondencji na temat Katynia z Kancelarią Prezydenta RP, 3. musiała być to osoba posiadająca wiedzę na temat celu akcji, inaczej zamiast wywierać presję na zawarcie przez Prezydenta oficjalnego stanowiska (w piśmie) próbowałaby rozegrać sprawę medialnie, 4. Musiała być to osoba, która nie wsiadła do samolotu 10 kwietnia (pkt 3 implikuje pkt 4).
Ze wszystkich osób informowanych oficjalnie o korespondencji MSZ-u z Kancelarią Prezydenta żyje tylko Tomasz Arabski. Co znamienne, w Smoleńsku zginął także Andrzej Kremer – co pozwoliło go wykluczyć z listy.
Tomasz Arabski jest zresztą szczególną postacią, najbliższym zaufanym Premiera Tuska, posiadającym bezpośredni dostęp do najwyższych współpracowników Tuska w Platformie Obywatelskiej (bez względu na ich zajmowane stanowisko), osobą ustalającą i kontrolującą wszelkie rozmowy Premiera, strażnikiem tajemnic Premiera i osobą upoważnioną do udzielania się w mediach. Gdy jednak nacisk i nadzór Arabskiego okazuje się za słaby gdyż na początku marca wciąż nie ma oficjalnej deklaracji Lecha Kaczyńskiego (wyobrażam sobie tę irytację Moskali, którzy naprawdę nie mogą już dłużej czekać) nagle wkracza z ratunkiem kolejna postać. Dnia 2 marca Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski nagle przesyła pismo bezpośrednio na ręce Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, które ma wywołać pożądaną reakcję.


Trudno bowiem odpowiedzieć na tak sformułowaną prośbę bez podania terminu wylotu prezydenckiego samolotu.
Jednak, gdy okazuje się, że Andrzej Przewoźnik niezależnie potwierdza, iż uroczystości w Katyniu które on organizuje odbędą się 10 kwietnia ( http://kresy24.pl/showNews/news_id/10259/ ) i gdy na tej podstawie MON wydaje dyspozycje o udostępnieniu samolotu Prezydentowi w dniu 10 kwietnia – Tomasz Arabski, wiedząc, że Lech Kaczyński został właśnie postawiony pod ścianą, decyduje się na medialne ujawnienie terminu spotkania Putin-Tusk:
„Premier Donald Tusk będzie w Katyniu 7 kwietnia na zaproszenie szefa rosyjskiego rządu Władimira Putina - poinformował szef kancelarii premiera Tomasz Arabski. Arabski zapowiedział, że 7 kwietnia dojdzie do spotkania bilateralnego Tuska i Putina i dyskusji na temat spraw bieżących”
Prezydent orientuje się wtedy, że Putin z Tuskiem już ustalili, że nie będą na tej samej imprezie i wysyła Bronisławowi Komorowskiemu pierwsze pismo potwierdzające swój udział właśnie 10 kwietnia.


Nie było rady, kto jak kto ale Marszałek Sejmu nie mógł wiecznie czekać na odpowiedź. Zwróćcie uwagę, że pismo jest wprawdzie datowane na 5 marca, ale nie wiemy kiedy tak naprawdę było wysłane. 5 marca to był piątek, mogło być wysłane w poniedziałek (8 marca) albo wtorek (9 marca). Jest jednak faktem, że jeszcze 11 marca (no może 10-tego ze względu na poślizg dziennikarski) Rosjanie informacji o tym piśmie nie mieli. Udawali więc dalej głupich i pomimo, że kilka dni wcześniej Stasiak potwierdził 10 kwietnia w mediach to czekali na oficjalne potwierdzenie. Sprawa była widać zbyt poważna by ufać deklaracjom medialnym:
To też nastręcza naturalne podejrzenia, że nie chodziło tylko o efekt propagandowy. Gdyby celem operacji „7 kwietnia contra 10 kwietnia” był tylko PR to cała rozgrywka odbyłaby się głównie w mediach i za pomocą komunikatów medialnych. Tu jednak kluczowe były ustalenia oficjalne – te pod pieczątką.
Mamy więc następującą sytuację: przez ponad miesiąc od 27 stycznia 2010 działając wspólnie i w porozumieniu Tomasz Arabski i Bronisław Komorowski (przy zgodzie Sikorskiego na wykorzystanie Kremera) doprowadzają do wystawienia Prezydenta i jego obozu politycznego (niewygodnego zarówno dla Tuska jak i Putina) na osobny przelot, osobnego dnia i w warunkach niemal zerowego zabezpieczenia agencyjnego, dyplomatycznego i technicznego.
Czy tylko jednak te dwie osoby były tak mocno zaangażowane. Czy możliwe by Premier Tusk podobnie jak Prezydent (choć różnica jest bolesna musicie przyznać) był przez Rosjan i ich dwóch poputczików także wykolegowany? Taka interpretacja byłaby możliwa - z korzyścią dla wizerunku Donalda Tuska - gdyby nie jeden znamienny fakt: TUSK KŁAMAŁ mówiąc o telefonie od Premiera Putina w dniu 3 lutego z zaproszeniem na uroczystości Katyńskie i KŁAMAŁ twierdząc, że propozycja udziału w osobnej uroczystości 7 kwietnia nastąpiła ze strony Putina jeszcze później.
Już bowiem 5grudnia 2009 r. Dimitrij Polianski Radca Ambasady Rosyjskiej ogłosił: Na kwiecień planowane jest spotkanie Władimira Putina i Donalda Tuska . Polianski przekazał już wtedy, że szefowie rządów dwóch krajów mają uczestniczyć w posiedzeniu Rady Biznesu Rosji i Polski, i że oprócz forum gospodarczego w Kaliningradzie w kwietniu przyszłego roku Rosję i Polskę czeka inne ważne wydarzenie - wspólne uroczystości upamiętniające rocznicę tragedii w Katyniu.
Dowód:
A jeśli tak brzmiał komunikat, to znaczy, że już na początku grudnia rozmowy pomiędzy Putinowcami a Tuskoidami na temat wspólnej wizyty w Katyniu w kwietniu 2010 r. były bardzo zaawansowane i trudno przypuszczać by już wtedy nie ustalono dokładnego harmonogramu. Być może ustalano już wtedy nie tylko harmonogram wizyty ale i kombinacji operacyjnej „Prezydent w Smoleńsku”. Na nieszczęście Tuska, widać zapomniał on o tej nieprzemyślanej wrzutce przyjaciół Rosjan z grudnia 2009.
Zresztą, kwestie wciąż toczących się rozmów Putin-Tusk jeszcze w roku 2009 potwierdzał także sam Andrzej Przewoźnik:
„Polski MSZ od dłuższego czasy prowadził z Rosjanami żmudne ustalenia na temat uroczystości. Teraz resort jest zaskoczony, bo prezydent na obchodach zorganizowanych na szczeblu premierów to prawdziwy koszmar dla protokołu dyplomatycznego”


MSZ to Radosław Sikorski, czy on także brał udział w spisku? Zastanawiałem się nad tym długo i analizowałem jego zachowanie. Jednak doszedłem do wniosku, że mimo wszystko tez był tylko narzędziem. Po pierwsze, gdyby coś wiedział to nigdy by nie krzyknął „Lech Kaczyński – były Prezydent”. Ugryzłby się 20 razy w język zanim by się tak podłożył. Druga sprawa to Tusk nigdy by nie wystawił dwóch spiskowców do prawyborów. Nie mógłby sobie pozwolić na wywołanie konfliktu i niezdrowych ambicji w tak wąskim kręgu zaufania. Musiał wystawić jednego spiskowca i jednego frajera by udać demokrację, a potem ten spiskowiec z frajerem musiał wygrać. I tak się też stało.
A czy nic nie rozgrzesza Komorowskiego? Wręcz przeciwnie, całe zachowanie jego w dniu tragedii i później wskazywały, że jest to osoba cyniczna, zdecydowana i bardzo dobrze (nawet zbyt dobrze) poinformowana. Zresztą bliskie kontakty z WSI-GRU do czegoś zobowiązują. Dzisiaj nawet przestałem patrzeć z lekceważeniem na informacje wiszącego jeszcze przed katastrofą w Smoleńsku orędzia Komorowskiego.
To taka typowa wpadka Pana Marszałka.
Co do Arabskiego, część argumentów na jego temat już przytoczyłem. Ale warto zauważyć, że była to osoba, która bardzo konsekwentnie i umiejętnie wprowadzała w błąd media i obniżała rangę wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu.
http://www.youtube.com/watch?v=DvC2Nbao3tQ
Arabski był też bezpośrednim przełożonym Grzegorza Michniewicza, Dyrektora Generalnego Kancelarii Premiera Donalda Tuska i jego Szefa Kancelarii Tajnej, który zmarł nagle, tajemniczo (podobno popełniając samobójstwo) a poza tym:
„Z ustaleń „Wprost" wynika, że tego wieczoru Michniewicz napisał także kilka SMS-ów do swojego przełożonego, szefa kancelarii Tomasza Arabskiego. Nie wiadomo jednak, czego dotyczyły ani o której godzinie zostały wysłane. Minister nie odpowiedział na nasze pytania w tej sprawie".
Na to, że Grzegorz Michniewicz, żaden mięczak i jednak niezwykle zaufana osoba Donalda Tuska i Tomasza Arabskiego musiał odkryć coś wyjątkowo przerażającego zwracał uwagę nie tylko WPROST ale i jeden z Blogerów Salonu24:
Co to było? Czy odkrył jakiś szyfrogram od Putina do Tuska, którego nie przechwycił Arabski? Możemy dzisiaj tylko spekulować. Faktem jest jednak, że Paweł Gutowski wieloletni przyjaciel Michniewicza, który kontaktował się z nim przed sama śmiercią, tak zrelacjonował ostatnią ich rozmowę telefoniczną:
       Był już w fatalnym stanie. Prawie szlochał. W rozmowie z nim użyłem nawet określenia „wisielczy nastrój”, co, niestety, okazało się prorocze.

sobota, 5 czerwca 2010

Podróże w czasie i ojcowie założyciele

- No bo widzi Pan, ja mam pewne kłopoty finansowe - tutaj naczelnik wydziału skarbowego uśmiechnął się i uśmiechnęła się także jedna z jego pracownic znajdująca się w jego gabinecie i przygladająca się z lubością datownikowi - No i tak się składa, że akurat Pan ma też kłopoty i też finansowe i możemy sobie nawzajem pomóc;-) - tutaj naczelnik posłał jeszcze szerszy uśmiech w stronę zakłopotanego podatnika, zapewne w ramach przyjaznego państwa;-). Podatnik, niczym jeden z bohaterów czeskiego filmu Sąsiedzi, podrapał się w beret, potem przez spodnie w tyłek i wyjął pękatą kopertę na widok której sprawne ręce pracownicy wydziału kontroli urzędu skarbowego zaczęły intensywniej pracować nad datownikiem. Naczelnik skinał głową i stała się rzecz, nad która głowią się tysiące fizyków światowej klasy - przestrzeń lekko ugięła się pod naporem energii zawartej w kopercie i czas cofnął się na kilka sekund o pół roku, co wystarczyło, aby datownik uderzył w pismo podatnika zostawiając specyficzny ślad. Potem wszystko wróciło do normy. W jednej chwili skonstatowałem, że podróże w czasie potrzebują ogromnych ilości energii wyrażonych w złotych i pożądliwie spojrzałem na kobietę i jej sprawne ręce. Uśmiech, którym mnie obdarzyła dziewczyna zwiastował nowe kierunki badań w moim ukrytym laboratorium, badań nad upływem czasu;-) A tymczasem stygła mi kawa, którą poczęstował mnie naczelnik.

Po powrocie z urzędu skarbowego wziąłem się za lekturę gazet. Poczytałem dialogi w kokpicie, potem Dialogi Platona i naszła mnie myśl, że gdyby Polska była na miejscu Korei Południowej to śledztwo w sprawie katastrofy okrętu przekazałaby stronie północnokoreańskiej, aby nie robić sobie obciachu. W końcu nikt tak nie zna przebiegu zdarzeń, jak ich bezpośredni wykonawcy;-) Przełożyłem kolejną stronę dziennika, aby przeczytać, iż kapitalizm przeżywa recesje od czasu do czasu, dla usunęcia słabych elementów z systemu, w odróżnieniu od komunizm, który jest systemowym kryzysem. W tym czasie podszedł do mnie Sołtys i kopnął w nogę, tym samym wytrącając mnie z błogiego logicznego myślenia, bo już mi wychodziło, że ten kryzys systemowy jest komunizmem, komunizmem dla bogatych współpracowników i biznesmenów władzy, lub coś tak na odwrót.  Nie warto powtarzać błędów przeszłości, lepiej poznać historię!-) No bo skoro pesymizm udziela się tubie finansistów z londyńskiego City, Timothy'emu Gartonowi Ashowi, to mi nie wypada być optymistą. Ash wyznał, iż siłą napędową projektu integracyjnego zwanego dziś dla niepoznaki Unią Europejską było zagrożenie ze strony ZSRR, ruchy wyzwoleńcze w obozie moskiewskim, chęć wykazania przez Niemców, że przynależą do europejskiej rodziny, oraz poparcie USA dla integracji europejskiej jako sposobu przeciwstawiania się zagrożeniu ze strony Moskwy. Frustracje publicysty niejako potwierdzają powszechnie znany fakt, że wielcy kapitaliści od początku istnienia ZSRR, który urwał się im ze smyczy, uznawali ten kraj za największe zagrożenie dla swej władzy i szemranych interesów, przynoszących bogactwo garstce posiadaczy i potworne cierpienia niezliczonym milionom ludzi. Nic więc dziwnego, że teraz właśnie potężni bankierzy i przemysłowcy z różnych krajów, pomimo zaciekłej rywalizacji o rynki zbytu, tak niepokoją się Chinami (i Rosją). Jedna sprawa to doprowadzenie do władzy takich tyranów jak Lenin, Hitler, Franco czy Mussollini, a inna sprawa to co zrobić, kiedy oni zrwają się z łańcucha i zaczynają gryźć swych panów. Efektem ostatniego kryzysu trawiącego światowy system kapitalistyczny była II Wojna Światowa. Co będzie efektem obecnego kryzysu? Unia powstała aby umocnić władzę monopoli i kapitału w którym prym wiodą Niemcy. Generałowie amerykańscy z jakichś dziwnych powodów niemal od chwili zakończenia działań wojennych wypuszczali z więzień bankierów i przemysłowców, którzy wynieśli Hitlera do władzy. Heinrich Dinkelbach, Herman Abs, Pferdmenges, Fritz Ter-Meer, Georg von Schnitzler czy Schroeder to przedstawiciele wielkiego kapitału, którzy ciągnęli ogromne i krwawe zyski z krajów okupowanych przez Hitlera. Amerykanie w ramach demokracji zachodniej przywrócili im wolność czyniąc jednocześnie prawdziwymi ojcami integracji europejskiej. No bo któż lepiej znał zamysły prawdziwego Aryjczyka, tfu, Europejczyka niż ci, którzy wspierali i realizowali jego plany, ein Volk, ein Reich, ein Führer, zwłaszcza że trzeba będzie zmusić pracujące masy w państwach unijnych do całkowitego posłuszeństwa i poddania się wyzyskowi. Ale kto je zmusi? Ash głosi, że Europa potrzebuje nowego Churchilla, który językiem krwi, potu i łez wytłumaczyłby, że radykalne zmiany są niezbędne. Dlaczego nie Hitlera? Ten przecież lepiej znał się na krwi, pocie i łzach, no i jakich wychował sobie ojców założycieli UE.-)

free counters Silver charts on InfoMine.com Silver charts on InfoMine.com Ogólnopolska Akcja Bojkotu Mediów III RP