sobota, 31 lipca 2010

Osełka na władze

Gdy byłem na wyprawie łupieżczej na Prusach zadzwonił do mnie Sołtys i opowiada, że chyba zapisze się na kurs PR, bo zbliżają się wybory samorządowe. - Ale ty to masz chyba dożywotnią funkcję, bo nikogo innego tam na wsi na sołtysa przecież nie wybiorą?! - wykrzyczałem zdumiony do słuchawki - Baba mi chce się brać za politykę w odwecie za pijaństwo. Księdza się na sumie nasłuchała i całe kółko różańcowe ma ją poprzeć. Jak ona wygra, to już wszystkim będzie rządzić w gminie, a tak, chociaż w urzędzie miałem spokój - zwierzył się Sołtys. - Poczytaj sobie politykę Arystotelesa, a babie kup więchę kwiatów i dobre wino, to jej przejdzie - poradziłem. 

Po powrocie przypomniał mi się ten Grek i nuż czytać go zaczynam od nowa.-)
Arystoteles stwierdził był, że aby państwo prawidłowo działało potrzebna jest różnorodność. Centralizacja decyzji i ujednolicenie prowadzi tego, iż państwo przestaje być wspólnotą.  Żadna władza nie powinna traktować obywateli jak zbędne przedmioty, gdyż państwo nie jest własnością i domeną rządów jednej grupy, lecz jest wspólnotą i wielością obywateli. Obywatel ma uczestniczyć w rządzeniu państwem, ale aby tak się stało musi być on wolny. Tymczasem nasz typowy polityk jest zdania, że wszelkie środki prowadzące do celu są dobre i nie ma skrupułów ani przyzwoitości. Gotów jest on zrobić wszystko dla zdobycia władzy - prezentować piękne cele, pozytywne zapowiedzi i demagogię oraz oskarżać przeciwników o brutalne insynuacje. To dlatego w POlsce są hodowane palikoty i sekuły różnej maści, którym genetycznie poczucie wstydu i przyzwoitości jest obce. Gwiazdowski przytoczył był expose Tuska - Chcę, aby to był marsz zawsze w jednym kierunku, zawsze w kierunku niższych podatków i zawsze w kierunku rezygnacji z nadmiernych, często zbędnych danin publicznych, jakie obywatel płaci na rzecz administracji - z którego zostało tylko pośmiewisko. Zła to władza, która posługuje się kłamstwem i pochlebstwem a na obywateli patrzy z góry. Już teraz ludzie zaczynają gardzić władzą, a niedługo przyjdzie czas, gdy będą jej nienawidzieć, bo  oto objawia się ich, czyli władzy chciwości i niegodziwość, które skazują wcześniej czy później na pogardę i lekceważenie. Minęło 20 lat, a w przeciętnym Polaku z powrotem narasta głębokie przeświadczenie, że władza państwowa to oni, obcy nam element, z którym my, nie chcemy mieć nic wspólnego.

Stirlitz zauważył, że politycy od liku lat wykorzystują różne konflikty społeczne, a nawet je podsycają, gdyż sprzyjają one utrzymaniu się polityków u władzy. Im więcej nieporozumień, tym łatwiej, pod pretekstem zachowania porządku, uciec się do siły, nacisku, straszenia utratą pracy czy prokuratorskim dochodzeniem. PO, PIS i SLD wciągają obywateli w konflikty, dzielą ich i nimi rządzą.

Arystoteles wieki temu zauważył, iż zgoda wśród ludzi i porozumienie nie sprzyjają manipulacjom, a więc utrudniają władzy realizację jej celów. Jeśli nie ufasz ludziom, pośród których mieszkasz i pracujesz, to właśnie zostałeś zmanipulowany przez władzę. Ludzie muszą najpierw zaufać sobie nawzajem, a władzy dopiero wtedy, kiedy na to zasłuży. Guru tyranów wszelkiej maści, Robespierre, głosił iż władza obywatelom nie może ufać, gdyż nieufność jest strażnikiem praw ludu. Im więcej nieufności wśród obywateli do siebie wzajemnie, tym rządzić nimi łatwiej, a zwykle tyrania rządzi nie z wolą ludzi, lecz przeciwko niej. Taka teza zawsze próbuje usprawiedliwić jakiś terror, czystki i denuncjacja podniesiona do rangi obywatelskiej cnoty. Wyłączam z obrzydzeniem telewizję w której Palikot oświadcza, iż będzie donosił do prokuratury za środkowy palec pokazany władzy.

Stirlitz, który w drodze na wakacje w Afryce, zatrzymał się u mnie, nalał do szklanki samogonu znad Wołgi i zauważył, że władza zawsze ma autorytarne pokusy i obywatel powinien być czujny, a nade wszystko zaopatrzony w osełkę. - W osełkę?! - zdziwiłem się - No, w osełkę, bo wielu z rządzących nie pamięta, że tyrania zawsze prowadzi tyranów tam, gdzie doszedł Robespierre, a gilotyna sama się przecież nie naostrzy;-) - zauważył z uśmiechem.

niedziela, 25 lipca 2010

Pół logika


W Polsce, podobnie jak i w USA, mamy grupę prywatnych bankierów z pół prywatnym, pół państwowym bankiem centralnym. Bankierzy tworzą pół państwo. W tym pół państwie, wpół uczciwi pół politycy łoją pół idiotów w pół demokratycznym kraju płacąc im pół pensji. Kraj bez własnego sektora bankowego ma minimalne szanse na uratowanie się z kryzysu ekonomicznego. Nasz pół specjalista Balcerowicz zaleca dalszą prywatyzację;-) Dzisiejsze państwo polskie to miedzynarodowa pół kolonia. Utraciliśmy i nadal tracimy kontrolę nad ważnymi dziedzinami decydującymi o rozwoju kraju. Potwierdza to masowy wywóz dewidendy, a polityka niskich płac, która ogranicza rozwoj społeczny, jeszcze bardziej upodabnia nas do pół bananowej pół republiki. Po 20 latach przemian można powiedzieć, że zarząd pół koloni bardziej jest zainteresowany wzrostem dochodow zagranicznych inwestorow w Polsce niż rozwojem i zamożnością tubylcow. Korei Południowej potrzeba było na zbudowanie potęgi gospodarczej 20 lat, my dla osiągnięcia 80% poziomu życia w Niemczech potrzebujemy jeszcze 20-30 lat, identycznie jak w 1990 roku. Jesteśmy jak wół w kieracie - nieważne ile przejdzie, i tak znajduje się w tym samym miejscu. O poziomie zarobkow w pół koloni nie decyduje jej rozwoj gospodarczy ale wielkość PKB, która zostaje w kraju. W tej sytuacji każdy rozsądny człowiek powinien zadać sobie pytanie, dlaczego ja mam za to płacić podwyższonymi podatkami skoro to nie ja stworzyłem  zadłużenie i kiepską sytuację gospodarczą? Filar naszej gospodarki,-) były członek Rady Polityki Pieniężnej napisał był, że żadne oszczędności nam nie pomogą, bo jak się im trochę dokładniej przyjrzymy, to oszczędności wyniosą kilkaset milionów złotych. A my potrzebujemy miliardów. W czyim imieniu imieniu on mówi my potrzebujemy miliardów, bo zapewne nie w moim.-)

W gospodarce wystarczy stworzyć normalne warunki do prowadzenia biznesu, uprościć prawo podatkowe, zlikwidować udogodnienia dla korporacji i wprowadzić ochronę pracowników, czyli pójść śladem właśnie wdrażanych brytyjskich reform. Zarabiający dużo pieniędzy ludzie to w normalnym systemie podatkowym oznacza dużo pieniędzy w budżecie. Tymczasem Gomułki tego świata chcą znów obciążyć tylko biedniejszą większość społeczeństwa, podnosząc VAT i podatki pośrednie. Tyle, że to nie pomoże by wyjść z tego kryzysu. Na przykładzie Grecji doskonale widać, że reforma polegająca na obcinaniu rent i emerytur oraz świadczeń w budżetówce powoduje iż zaraz zaczną się zwolnienia w innych dziedzinach gospodarki, bo niby jak ma zareagować rynek na kilkunastoprocentowy spadek zamówień w sektorze publicznym? Zaoszczędzone pieniądze pójdą na zasiłki, a Onasisy przy braku kontroli przepływów kapitałowych i tak wytransferują finanse za granicę. Potrzeba przywrócić kontrolę nad przepływem kapitałów i śmiałego manewru z podatkami od dochodów osobistych oraz  zwiększenie progresji podatkowej przy jednoczesnym zwolnieniu z podatków stałej kwoty za każde utworzone i utrzymane miejsce pracy oraz na inwestycje. Pieniądze można zabierać w większej ilości jedynie tym, którzy ich nie wydają na inwestycje lub nie wydają ich w państwie objętym kryzysem. Obecnie zapomina się o starej dobrej zasadzie, że podstawą gospodarki jest szeroko rozumiana klasa średnia oraz pracownicy najemni. Upajanie się nowymi milionerami i zyskami banków to forbesowska głupota ekonomiczna. W gospodarce wydajność systemu nie zależy wcale od liczby osób pracujących ogółem lecz od wydajności pracy oraz zatrudnionych osób w wieku produkcyjnym, a wyniki ich pracy musza być podzielone na tych, co pracują i na niepracujących. Doskonale widać to na przykładzie systemów emerytalnych, którym podobno grozi załamanie. W Niemczech w 1950 roku na 1 osobę w wieku emerytalnym przypadło jedynie 6 osób w wieku produkcyjnym, gdy tymczasem w roku 1900 było to stosunek 1:12. System emerytalny jednak nie załamał się ponieważ postęp techniczny spowodował wzrost wydajności pracy, a umowa społeczna zagwarantowała możliwie największe zatrudnienie osób w wieku produkcyjnym. Obecnie w Niemczech ponad 20% mieszkańców tego kraju znajduje się w wieku emerytalnym, a problemem staje się malejące zatrudnienie osób w wieku produkcyjnym. W Polsce jedynie 13% społeczeństwa to osoby w wieku emerytalnym, a zatrudnionych w gospodarce jest nie więcej niż 58% w wieku produkcyjnym. Osoby po 55 roku życia zostały praktycznie wypchnięte z życia zawodowego, ponieważ zawodowo pracuje jedynie 27% ludzi. Po co zwiększać wiek emerytalny, skoro większość osób po 55 roku życia nie pracuje bo tej pracy nie może znaleźć? Po co wprowadzać GMO, kiedy tradycyjne rolnictwo generuje nadwyżki w produkcji zywności? Jednocześnie, pomimo malejacego udziału osób zatrudnionych, w wyniku postępu technicznego poziom życia stale rośnie, chociaż nie równomiernie dla wszystkich. Problemem staje się narastająca niesprawiedliwość w podziale dochodu narodowego. Balcerowicz głosi, że przejęcie BZ WBK przez państwowy PKO BP to działanie wzorowane na posunięciach Hugo Chaveza z Wenezueli*. Tymczasem, jak przyznają to międzynarodowi eksperci, w Wenezueli zmniejszył sie poziom ubóstwa z 38 do 17% i jest to zasługa ekonomicznych posunięć Chaveza. Tu jednak nie chodzi o chwalenie Chaveza, ale o zmniejszanie ubóstwa, które ma ogromne rozmiary w Polsce. Ubóstwo jest bardzo groźnym zjawiskiem, gdyż jest źródłem przestępczości, a także wielu zachowań, które nie są społecznie akceptowane, jak na przykład prostytucja osób nieletnich.


Średni dochód rozporządzalny na osobę w 2009 roku wyniósł 1114 zł, co przy 38,1 miliona mieszkańców daje kwotę nieco ponad 42.4 mld 508.8 złotych, podczas, gdy PKB Polski za 2009 rok wyniósł nieco ponad 1200 mld złotych, z czego dla budżetu państwa przypadło około 249 mld złotych. Łącznie z inwestycjami bezpośrednimi na poziomie 40 mld złotych daje to niecałe 30% udziału w PKB - zbyt mało, aby się rozwijać i zbyt dużo, aby umrzeć z głodu. Owoce gospodarczego wzrostu nadal sa zjadane ustami naszych przedstawicieli i wywożone na zagraniczne stoły. Pół logika i 1/3 2/3 PKB nie ma z kapitalizmem, a ani z przyzwoitością nic wspólnego, ale za to doskonale przypomina stary kolonializm dla białych pół Murzynów.

--------------------------------------------------
* Wg ostatniego raportu MFW z 10.2009 PKB Wenezueli wg kursów walutowych na głowę mieszkańca wyniósł w 2009 roku 12.350 USD, a w Polsce 11.100 USD, natomiast wg parytetu siły nabywczej walut PKB Wenezueli wyniósł 12.500, a Polski prawie 18.000 USD.
Waluta Wenezueli była drastycznie przewartościowana, co fatalnie wpływało na eksport i stało się podstawą do dokonanej w 2009 i w 2010 dewaluacji waluty. Podobna dewaluacja, choć na zasadach rynkowych dokonała się i w Polsce.

Dzięki za uwagę Kacpus;-) W naszej czarnej dziurze znika tylko 1/3 PKB, na amortyzacje, oczywiście;-)

poniedziałek, 19 lipca 2010

Podział dochodu narodowego, czyli (nie)normalność

Sołtys wrócił pijany ze wsi i do gęgającej żony powiedział, że powołuje się na Konstytucję, która zobowiązuje do dbania o bezpieczeństwo obywateli. Potem zatoczył się i dodał - ... skoro władze Polski nie wdrożyły dotychczas dyrektyw w sprawie zapobiegania powodzi, no to się zalałem - po czym czknął głośno i zwalił się z nóg wprost na drewniany ganek. - Niech śpi tutaj, ciepło jest - oceniła Sołtysowa i poszła po koc i poduszkę.

Podatnicy w Polsce ani nie mają poczucia bezpieczeństwa, ani satysfakcji z płaconych uczciwie podatków. Wszystko gdzieś ginie w bezdennych czeluściach państwowej machiny. Kiedyś w sąsiedniej gminie pojawiły się grupy złodziejaszków, którzy kradli co popadnie z budów. Jeden z właścicieli pogonił kilku ale oni wrócili, skopali chłopa i zabrali co się dało. Ledwie przytomny człowiek zadzwonił na policje i mówi, że został napadnięty - Czy przestępcy jeszcze są? - pyta się policjant - A skąd mam wiedzieć?! - mówi chłop - Cały jestem pokrwawiony i potrzebuje pomocy - No to niech pan zadzwoni jak złodzieje wrócą. - zakończył policjant i odłożył słuchawkę. Wtedy chłop przypomniał sobie o Sołtysie i zadzwonił do niego. Obława się udała;-), tylko dla odzyskania mienia trzeba było jednemu przestrzelić nogę, a drugiemu rękę.

Jak zwykł mawiać Jerzy Żyżyński, tytułujący się prof. dr hab., czy jakoś tam, podział dochodu narodowego w Polsce jest chory. Po dwudziestu latach transformacji i budowania kapitalistycznej gospodarki rynkowej okazało się po wielkiej powodzi, że ludzie stracili wszystko i nie mają z czego żyć. Tymczasem normalna rodzina funkcjonująca ileś tam lat, powinna mieć oszczędności pozwalające jej przeżyć na znośnym poziomie przez rok. Aż 60% Polaków nie ma żadnych oszczędności, to znaczy, że w wyniku podziału dochodu narodowego przeciętna, pracująca, polska rodzina nie dostaje właściwego wynagrodzenia. Średnia płaca w Polsce w porównaniu ze średnią płacą w innych unijnych krajach jest żenująco niska. Niska płaca powoduje nie tylko brak oszczędności, problemy społeczne i korupcje, ale też hamuje popyt, bez którego krajowa gospodarka nie może się rozwijać. 

Polska jest krajem nieefektywnie zarządzanym, z nadmiernie rozbuchanymi wydatkami państwa. Wydatki na administrację rządową i samorządową sięgają 50 mld zł, a odsetki od rządowych kredytów sięgają 33 mld złotych, koszt misji afgańskiej to prawie 2 mld złotych, z kolei na naukę przeznacza się 4.5 mld, na szkolnictwo wyższe 11.5 mld,  na opiekę społeczną 15.5 mld złotych, a na bezpieczeństwo publiczne 14.5 mld, zaś budowa dróg i mostów to wydatek rzędu 4.7 mld złotych. Na dodatek, spora część świadczeń socjalnych idzie na utrzymanie armii urzędników i pracowników socjalnych, a rzeczywiste świadczenia socjalne są na żałośnie niskim poziomie. W efekcie mamy najbiedniejsze dzieci w EUropie. Zasiłek na dzieci w Polsce jest żałośnie niski, 48zł, przy średniej w UE na poziomie 400-600 złotych na dziecko, posiłki dla dzieci kosztują władze tylko 22 mln, a dofinansowanie podręczników to jedynie 10 mln złotych. Polskie państwo jest niesprawne, drenując podatników pieniądze przekłada do kieszeni bankierów, grup interesów i armii urzędniczej, która blokuje incjatywy gospodarcze i utrudnia życie obywatelom.

Normalne w XXI wieku w Europie jest, że dzieci nie chodzą głodne, ludzie mają dach nad głową i nie umierają z głodu na starość, zapewniona jest podstawowa opiekę medyczna i leczenie dla każdego oraz
edukacja bez opłat do 18 roku życia i niepłatny dostęp do kultury poprzez biblioteki. W Polsce nie ma na kogo głosować. PO chce dokarmiać korporacje europejskie, a PIS amerykańskie, a tak po prawdzie, to obecnie żadna siła w sejmie nie reprezentuje polskiego interesu narodowego. Widać to było zarówno podczas głosowania nad przyjęciem traktatu lizbońskiego, jak i wtedy, gdy senator Władysław Ortyl zapytał, czy w MSP zrobiono bilans, by porównać efekt finansowy jednorazowej sprzedaży spółek skarbowych z dochodami, jakie przez wiele lat osiągałoby państwo z dywidend wypłacanych przez te spółki. Wiceminister skarbu Adam Leszkiewicz przyznał, że resort takich analiz nie prowadzi;-) Z prostych wyliczeń wynika, że przychody z prywatyzacji na poziomie 25 mld złotych to mniej więcej tyle, ile wyniosłaby kwota ośmioletniej dywidendy, wypłaconej akcjonariuszom przez jedną tylko spółkę – PZU. Zagraniczni analitycy finansowi przecierają oczy ze zdumienia widząc, jak polska republika bananowa pozbywa się rodowych sreber. To nie socjał w Polsce korumpuje, ale wielki biznes, dla którego Polacy są tylko białymi Murzynami w bananowej republice.

Można oczywiście cynicznie;-) sprowadzić wszystkie problemy do rozdętego socjalu, ale to nie jest aż tak proste. Szykujące się wyższe podatki w wielu krajach, w tym w Polsce, będą bowiem głównie konsekwencją wpompowania ogromnych pieniędzy w instytucje finansowe, czyli stosowania zasady prywatyzacji zysków i socjalizacji strat. Można oczywiście przyjąć optykę bankierów i polityków, i potraktować to jako socjał dla finansistów, ale sami zainteresowani, jak i ich apologeci w mediach tak tego nie chcą widzieć. Nie bolą ich miliardy wyciągane z kieszeni podatników i ładowane do prywatnych kieszeni właścicieli korporacji, ale bolą ich zasiłki rodzinne, becikowe, mieszkania socjalne, kształcenie bez opłat i dożywianie dzieci. Moralność Kalego - jeśli ktoś Kali ukraść krowę, to dobrze, a jak Kalemu zabrać krowę, to źle.

niedziela, 18 lipca 2010

30 lat od ludzkiej solidarności

Sowa zahukała i zrobiła wywiad z Andrzejem Gwiazdą i jego zoną Joanną Duda-Gwiazdą, a ja pozwoliłem sobie przytoczyć wybrane jej fragmenty.



[...]JDG.: Czyli chcesz zapytać po cośmy się tak męczyli?

JW.: W pewnym sensie tak. Czy to, że była I-a, a potem II-a Solidarność, miało jakikolwiek wpływ? Czy była jakaś zmiana w związku z tym, że Polska szła drogą powiedzmy oddolna a nie odgórną?

AG.: Ewidentnie wyszliśmy na tym gorzej, dlatego, że Polska wśród tych krajów ciągnie się w ogonie, jeżeli chodzi o poziom życia i inne wskaźniki ekonomiczne. Jest to jednak efekt tego, że absolutne zaufanie społeczeństwa uzyskał agent, który mógł wykorzystać to przeciw państwu i społeczeństwu. [...] To było oczekiwanie, że nawet jak ludzie się ruszą, to po miesiącu machną ręką, pobawią się trochę a potem zajmą się swoimi sprawami. Cały bunt społeczny, strajk sierpniowy posłużyć miały do realizacji programu – no i teraz jest pytanie, czyjego programu, bo był to program nie tylko ubecji, jak sądziliśmy w 1980 roku, czy grupy polskich przywódców partyjnych. Niewątpliwie w pierestrojkę był wówczas zaangażowany Związek Radziecki, były zaangażowane Stany Zjednoczone i można sobie snuć domysły, kto jeszcze i w jakim stopniu, ale jest to na pewno najściślejsza tajemnica tego systemu. Są gotowi ujawnić swoje zbrodnie, ale będą bronili tajemnicy pierestrojki. W czasie strajku w '80 dziennikarze poprosili mnie, bym w kilku słowach scharakteryzował sytuację. Wówczas powiedziałem im, że konkurencyjne grupy władzy rozgrywają partię szachów o najwyższe stołki i w tej rozgrywce użyły społeczeństwa, które okazało się figurą z własnym napędem i przewróciło im całą rozgrywkę. No i tu jest prawda w połowie, bo to nie tylko polskie elity, natomiast rzeczywiście Solidarność zepsuła im cały plan, bo nie zeszła ze sceny przez całe 16 miesięcy, słabła, ulegała prowokacjom i agenturze, ale utrzymała swoją linię. Uważam nawet, że od października '81 następował powrót do tej pierwotnej linii związku. Kierownictwo (jako kierownictwo mam na myśli agenturę w kierownictwie) już wyraźnie zeszło z tej linii i usiłowało przeciągnąć cały związek, lecz to się nie powiodło. Związek gdzieś tak w październiku zareagował strajkami. Kuroń to nazywał strajkami o pietruszkę, a to były strajki o linię Związku i dalszy sposób postępowania. Jaruzelski nie miał już na co czekać. Myślę, że w lutym/marcu odbyłby się zjazd nadzwyczajny, który byłby całkowitym powrotem do 1980 roku.

No i teraz mówimy o agenturze. Cała pierestrojka musiała się odbyć na zasadzie spisku i Solidarność pokazuje, jak słabe są spiski wobec demokracji. Mieliśmy agenta wykreowanego na populistycznego wodza, którego społeczeństwo uważało za demokratycznego przywódcę i okazało się, że ani on, ani cała agentura (którą IPN ocenia na 1800 osób w samych władzach Solidarności – mało pozostało wolnych miejsc), mimo że przeszkadzali nam okropnie, to nie byli w stanie wykonać swego zadania. Wprowadzenie stanu wojennego to chyba najbardziej spektakularna klęska spisku, przynajmniej ze znanych mi w historii przypadkach. Odtąd trzeba było 7 lat stanu wojennego i to nie tylko aresztowań, ale wydzielania ludziom kaszki dla dzieci, masła czy papierosów. Słowem 7 lat pacyfikacji społeczeństwa i zablokowania demokratycznych procedur. [...] Często postrzegamy władzę komunistyczną jako monolit, a to przecież nieprawda, szereg nielogiczności w stanie wojennym i przed nim, wskazuje, że tam się ścierały różne koncepcje i prawdopodobnie to przedłużenie i zawieszenie tego procesu pierestrojki przez Solidarność spowodowało zmiany – przebiegały w tym czasie różne procesy na świecie.

JDG.: Nie możemy odpowiedzieć na pytanie, co by było gdyby nie było I-ej Solidarności. Wiemy na pewno, że nie powstałoby społeczeństwo obywatelskie, bo taki był tego skutek, ludzie się nauczyli demokracji, współpracy itd., poczucia odpowiedzialności za państwo, przepraszam anarchistów, za los całego kraju i każdej branży, i zakładu pracy, i miasta. Można powiedzieć, że stan wojenny to cofnął, ale myślę, że takiego doświadczenia nie da się całkowicie wymazać. Bo to było jednak doświadczenie milionów ludzi i gdzieś tam pamięć o tym, że można się zorganizować, że można bez pozwolenia władz, a nawet wbrew nim organizować życie w kraju, gdzieś pozostała. Ta umiejętność może zostać przywrócona, nie jest powiedziane, że Polacy zapomnieli tego na zawsze. W świadomości zbiorowej i w świadomości historycznej to pozostaje. Jeśli chodzi o spojrzenie globalne, to jest bardzo trudno mówić jak wyglądałaby pierestrojka, gdyby nie została opóźniona o te 7-8 lat.

JW.: Co było celem pierestrojki?

JDG.: Celem pierestrojki było rozgrabienie tej schedy po komunizmie do spółki przez elity tutejszej władzy z zachodnim biznesem. W sferze politycznej były jednak, już później, uparte próby przywódców Rosji, aby z tych państw, które się odłączają, na powrót stworzyć Wspólnotę Niepodległych Państw. To się za bardzo nie powiodło… [...] naiwnością byłoby mówić, że to Solidarność doprowadziła do zmiany tego systemu. Ta zmiana była przecież zaplanowana przez ten system. Jak jednak wyglądałaby, gdyby do tego nie doszło, nie da się odpowiedzieć.

[...]JDG.: Powstanie I-ej Solidarności spowodowało, że zmiana systemu w Europie, aby wyglądać wiarygodnie, musiała powtarzać polski schemat. Jeśli chodzi jednak o pytanie, jak wyglądałyby te państwa, gdyby pierestrojka nie była opóźniona, gdyby nie było Solidarności, to wydaje mi się, że uwaga Janego, iż mogłoby to wyglądać, tak jak w Chinach, jest słuszna. Partia komunistyczna nie musiałaby się dzielić w ogóle ze społeczeństwem władzą…

AG.: Przecież u nas była taka próba, to były 2 wersje planu Messnera, pierwsza wersja, czyli szybkie zmiany i większe wyrzeczenia oraz druga – zmiany powolne i bez wyrzeczeń. Społeczeństwo wtedy kategorycznie odrzuciło tę szybką wersję. Więc u nas była próba robienia pierestrojki pod egidą partii i tych rządów. [...] społeczeństwo [...]przedtem było na tyle mądre, że odrzuciło niezwykle kosztowny model reformy, no i musieli zrobić okrągły stół, bo okazało się, że Jaruzelskiemu i komuchom nie uda się tego przeprowadzić i trzeba kogoś, kto ma bardzo duże zaufanie w społeczeństwie. Trzeba było szczurołapa z fletem, któryby do rzeki zaprowadził, bo sami nie chcieli iść.

JDG.: Myślę, że bez Solidarności jedna rzecz nie byłaby możliwa. Polska jest jedynym krajem, który może zakwestionować otwarcie gospodarki na Zachód właśnie metodą szybkiej transformacji, wyprzedaży i ruiny majątku narodowego i przemysłu. Dlatego, że u nas widać, iż mogło iść inaczej, i widać, co trzeba było zrobić by utrzymać majątek narodowy. Bo była szansa na to, że społeczeństwo będzie robić to samodzielnie.

JW.: Chodzi o własność samorządową?

JDG.: Nie. Istniało absolutne przekonanie wszystkich, że to są nasze fabryki. Ja nie mówię własność państwowa…

AG.: No, państwowa, czyli społeczna…

JDG.: Czyli było oczywiste, że społeczeństwo będzie decydowało, co dalej z tym robić, jeśli prywatyzować, to, w jaki sposób. Nie byłoby możliwe, że biurokracja państwowa uznała się za właściciela. Polska to jedyne państwo, w którym występuje ta sprzeczność. Dlaczego nagle urzędnicy państwowi uznali, że mogą poza kontrolą społeczną sprzedawać wszystko? Gdzie indziej tego nie ma, tam pierestrojka, zmiana systemu, upadek komuny, to było coś, co na nich spadło deus ex machina i oni są zadowoleni albo nie, ale w każdym razie nie ma takiej świadomości, że coś im zabrano z rąk żeby napchać sobie kieszenie. [...] No, więc tylko w Polsce widać to piramidalne oszustwo. Myśmy to próbowali tłumaczyć Francuzom już wiele lat temu, że na przykładzie Polski można zobaczyć, na czym polega perfidia, oszustwo i rabunek wprowadzany przez ten turbokapitalizm. W innych państwach tego jakby nie widać.

JW.: A czy nie można było ujawnić agentury, typu Wałęsa, już wtedy, w latach 1980-81?

AG.: Żeby ujawnić trzeba było mieć dowody. Myśmy od pierwszego dnia strajku byli przekonani, że Wałęsa jest agentem, ale nie mieliśmy na to żadnych dowodów. Nasze przekonanie wynikało z tego, co Wałęsa mówi i robi, a to widzieli wszyscy i bili brawo, i klaskali, i się zachwycali, więc czym mieliśmy ich przekonać?

Po drugie Kościół. Przecież wiadomo było, że jeżeli byśmy próbowali oskarżyć Wałęsę, można powiedzieć gołosłownie, że z tego, jak on się zachowuje, widać, że jest agentem bezpieki [...], wszystkie ambony by podniosły alarm, że tutaj wspaniały Polak-katolik jest przez jakąś tam grupę sekowany. Mieliśmy przykład, przy nieporozumieniu warszawskim [chodzi o konflikt w marcu 1981 r. po prowokacji bydgoskiej – pobiciu przez milicję działaczy Solidarności zaproszonych na spotkanie przez lokalne władze] zostaliśmy, tzn. komisja krajowa i zarządy, zasypani lawiną teleksów, które, jak się okazało, przychodziły z plebanii i z komitetów partyjnych z poparciem dla Wałęsy.

JDG.: Myśmy czasami w rozmowach prywatnych próbowali przekonać ludzi z Solidarności, czy po prostu znajomych. Robiliśmy całe układanki, bo jak mówimy, nie mieliśmy przecież jakiegoś papieru, czy znajomych z bezpieki, którzy by przynajmniej taki papier opisali… Z tej układanki wynikało, że to wszystko może się tłumaczyć tylko faktem zasadniczym, że on jest Tajnym Współpracownikiem. A na końcu, gdy ci ludzie już dawali się przekonać, to mówili coś takiego: no, ale gdyby tak było, to niemożliwe, żeby go popierał Reagan-antykomunista, Zachód i Kościół. Więc to zaplanowanie pierestrojki w porozumieniu Zachodu, Kościoła i Kremla kompletnie nas blokowało w gruncie rzeczy. Ludziom się to nie mieściło w głowie i do tej pory się nie mieści. No, bo przecież gdyby był agentem, to nie dostałby Nagrody Nobla, papież by go nie przyjmował i nie popierał. Fundamentalne kłamstwo jest nie do obalenia wprost, bo to jest fundamentalne kłamstwo całego okresu pierestrojki. Ja to porównuje z kłamstwem katyńskim. Właściwie wszyscy wiedzieli, że to zrobiło NKWD, ale Niemcy nie protestowali, że im tą zbrodnię przypisano. Wszystkie encyklopedie i prace historyczne zachodnie, wbrew oczywistym faktom, podawały kłamstwa. Ludzie niby wiedzieli, ale mówili – to przecież chyba nie możliwe – i dopiero obalenie systemu komunistycznego pozwoliło to kłamstwo nazwać wprost i ono wtedy dopiero przestało działać w świadomości ludzi.

AG.: Czyli gdyby nam się udało obalić globalizację, moglibyśmy się dowiedzieć prawdy o Solidarności. Bo tak naprawdę to Solidarność była pierwszym ruchem antyglobalistycznym, choć nie wiedziała jeszcze, że jest coś takiego. Wystąpiła z predykcją, bo przecież gdyby się utrzymała I-a Solidarność, nawet tylko z 1/3 energii, to globalizacja Polski byłaby niemożliwa. Nie możliwe byłoby zniszczenie przemysłu, wyłączenie nas z konkurencji i wyssanie z Polski w początkach lat 90-tych, jak ocenia wielu ekonomistów, ogromnej sumy 200-400 miliardów $. Tak więc, jakie interesy Zachód miał w Polsce? Tu chodziło o długi pociąg ze złotem. [...] Solidarność dała szansę na wylansowanie fałszywych autorytetów i to pozwoliło pójść u nas z większym gazem w polityce antypaństwowej, antynarodowej i antyspołecznej. Komuniści jednak się zatruli własną propagandą klasy robotniczej i wydaje mi się, że duży ich odłam miał respekt dla społeczeństwa i bali się go. W Polsce dzięki swym agentom, którzy zdobyli pełne zaufanie społeczeństwa, mogli pójść znacznie dalej niż w innych krajach, bez strachu, że się społeczeństwo upomni o swoje i zrobi porządek po swojemu. [...]  Można by snuć różne plany gdyby nie to, że 80 % Polaków chciałoby dostać dotacje unijne. Według Amerykanów 4 lata planu Balcerowicza dały większe straty niż II wojna światowa, ale po wojnie, mimo komunistów, odbudowaliśmy kraj i byliśmy na 10 miejscu, jeśli chodzi o potencjał przemysłowy. I po planie Balcerowicza też byśmy mogli Polskę odbudować, tylko nie zrobią tego zagraniczne koncerny. Do tego musiałoby się zaprząc całe społeczeństwo i rząd. UE na to nie pozwala i akces do UE zamknął nam drogę odbudowy gospodarki. Specjaliści unijni przewidują, że za 59 lat możemy dojść do obecnego średniego poziomu UE i prawdopodobnie nie pozwolą nam iść szybciej. Mają do tego narzędzia – dyrektywy, mechanizmy fiskalne i finansowe. Budowa rurociągu Rosja-Niemcy na dnie Bałtyku, omijającego Polskę, potwierdza intencje starej Unii.

JDG.: Myślę, że największym hamulcem dla pozytywnych zmian jest nawet może nie sam fakt zmonopolizowania środków masowego przekazu, lecz to, że ludzie nie są świadomi tego, iż nie mają komunikacji społecznej. O ile w komunie wszyscy wiedzieli, że telewizja kłamie to teraz pluralizm środków masowego przekazu, dostęp do różnych mediów (net, telewizja satelitarna), sprawia wrażenie, że wiedzą wszystko i to największy problem. W czasach komuny wiedzieli, że są odcięci od informacji z reszty świata, informacji o tym, co faktycznie się dzieje w kraju i wewnątrz władzy. Natomiast w tej chwili ludzie mają wrażenie, że wiedzą wszystko. A gdybyśmy np. spytali, co się w kraju dzieje, jeśli chodzi o opozycję przeciw systemowi – niezależną opozycję – nie wiedzą nic. Pokazuje się w mediach tylko opozycję koncesjonowaną, parlamentarną, jeśli opozycję w społeczeństwie, to są to organizacje pozarządowe finansowane przez jakieś siły z Zachodu, albo bezpośrednio przez rząd. Oczywiście nie jest to żadna opinia publiczna, to tylko ją markuje. Robi to jednak na tyle dobrze, że ludzie nie dostrzegają, że istnieje opozycja. Mieliśmy taki śmieszny przypadek, że przyszła do nas po wywiad nasza znajoma dziennikarka, którą znamy od lat, i która mieszka w Gdańsku. Jak zaczęliśmy jej mówić, np. o działalności p. Mariana Zagórnego, który gdzieś tam zboże wysypywał, o Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot, o jakichś ekologach… ona w ogóle o niczym nie słyszała. Większość społeczeństwa w ogóle nie wie, że to istnieje. A to istnieje i w tym jest jakaś nadzieja. Po prostu Polacy ciągle chcą iść na skróty, zresztą to jest naturalne – wybierzmy wreszcie tych uczciwych ludzi i będzie dobrze – a żeby wybrać tych uczciwych ludzi to nie wystarczy jakąś tam partię powołać, bo się tego po prostu nie da zrobić w systemie, w którym ludzie sądzą, że ktoś im będzie finansował politykę i że ktoś im to sprawnie i profesjonalnie zorganizuje. Muszą się zorganizować sami, dotychczasowa lekcja Solidarności poszła w niepamięć – to jest najbardziej dramatyczne. Przecież Solidarność wyszła ze strajku goła i bosa. Nie mieliśmy nic, nawet maszyny do pisania, a dzięki pomocy i ofiarności ogromnej rzeszy ludzi, w krótkim czasie zdążyliśmy stworzyć sieć komunikacji między komisjami zakładowymi i regionami, obejmującą cały kraj. To jest pierwsza podstawowa sprawa. Są próby wydawania niezależnych gazet, ale wszystko się rozbija o to, że ludzie myślą, iż ci, którzy działają niezależnie, skądś muszą wziąć pieniądze, nie od nich, tylko gdzieś tam, skądś. Po prostu, dżentelmen o pieniądzach nie mówi, dżentelmen pieniądze ma. Jednak jest takie powiedzonko, że można małą grupę ludzi oszukiwać nieskończenie długo – był nawet taki film Kusturicy, Underground – można wielkie grupy utrzymywać w nieświadomości i oszukiwać, ale przez czas krótki, nie można natomiast w nieskończoność oszukiwać nieskończonych mas. [...] Warto jeszcze dodać, że sypie się bezpieka w Kościele. Ja uważam, że to jest decydująca sprawa, ponieważ Kościół był postrzegany przez ludzi jako taka enklawa gdzie, żadne złe moce nie mogą się dostać. Kościół się nie mógł mylić, a chodziło nie o sprawy wiary, tylko o decyzje polityczne i ocenę moralną tamtych osób i zdarzeń.

AG.: Właśnie upada ten argument, który stosował Wałęsa – ale przy okrągłym stole byli przecież księża, prawda? – My wiemy, którzy księża!


JDG.: I mam nadzieję, że [...] ludzie zaczną dostrzegać fałsz[...]Coś takiego nastąpiło w Solidarności. Społeczeństwo, które się nie komunikowało, wszyscy byli przekonani, że ten ustrój jest wieczny i przez wszystkich akceptowany, a każdy z własnego otoczenia powinien mieć inne doświadczenia. Ale jakoś nie wolno było o tym mówić, bo – system jest niezmienny i nienaruszalny, i zbyt potężny, żeby go kwestionować. Jak się okazało, że więcej ludzi myśli i ma odwagę powiedzieć, że ten system im się nie podoba, to się okazało, że wszyscy mają odwagę. Tego typu zjawiska społeczne dojrzewają przez jakiś czas, ale potem zaczynają już przebiegać lawinowo.
JW.: Mam wrażenie, że człowiek za PRL był bardziej społeczny, kolektywny, a dziś bardziej egoistyczny, myśli o sobie i konsumpcji. Czy możliwe by przy takich ludziach rozpocząć Solidarność jeszcze raz, odtworzyć więzi, obieg informacji, samo-organizację itd.?

AG.: Komuna pod przymusem wprowadziła kolektywizm na wsi i w mieście, więc wszyscy byli przeciw. Społeczeństwo na kolektywizm odpowiadało w zasadzie ideą indywidualizmu. Solidarność nie odrzucała indywidualizmu, lecz wezwała do współpracy na rzecz wspólnego dobra. [...]Sądzę, że to musi przebiegać trochę podobnie jak, przebiegało zdobywanie zaufania przez Wolne Związki Zawodowe. Tzn., musi być tak, że są jakieś drobne wygrane, sukcesy, właśnie m.in. materialne, które by wynikały z działania wspólnotowego (a nie egoistycznego), z porozumienia, ludzie muszą się przekonać, że działanie wspólne da lepsze korzyści niż postępowanie czysto egoistyczne, wyłącznie z nastawieniem na jakiś bezpośredni zysk. Już w tej chwili część biznesmenów [...]dostrzega, że to się nie opłaca, że warto czasami dbać o dobry wizerunek, że szybkie pieniądze robi się raz… Teraz te biznesy są mocno zagrożone. Właściwie dopiero po paru latach ci drobni przedsiębiorcy dostrzegli, że jeszcze istnieje klient i jeśli społeczeństwo będzie całkowicie wygłodzone, ilość bezrobotnych będzie ciągle rosła a płace będą spadać, to oni też stracą rację bytu. Oczywiste spostrzeżenie z ekonomii dotarło do nich w tej chwili. To spowodowało, że zaczęli interesować się losem całego kraju.

AG.: I dostrzegli jeszcze, że trzeba dbać o swoich pracowników, że na lojalność pracodawcy, pracownicy również odpowiadają lojalnością i współpracą…

JDG.: Patrząc na mapę polityczną od tej strony, to mi się wydaje, że straszliwym problemem jest, że razem z upadkiem dużych zakładów pracy, upadła idea partii, stowarzyszeń i ugrupowań lewicowych. Łącznie z tym nastąpiło zredukowanie pojęcia lewicy do spraw obyczajowych. [...]. Podczas gdy naturalną bazą lewicy są ludzi biedni, pracownicy najemni. Robotnicy nigdzie, ani w Polsce, ani na świecie, nie byli jakąś awangardą obyczajową. Raczej mają poglądy umiarkowanie konserwatywne, choć nie są ekstremistami w żadna stronę.

[...]AG.: To się odbywa tak jak w stanie wojennym. Było wówczas kilka tysięcy gazetek podziemnych, ale jedna dostawała kilkadziesiąt tysięcy $ a inne nie. I proszę bardzo – wolność prasy. Każdy może wydrukować sobie 15 sztuk na kartkach z zeszytu a inni 15 tysięcy nakładu. W tej chwili każdy może sobie założyć organizację niezależną, ale jedni dostaną na to pieniądze, tak, że nie będą musieli pracować, a inni muszą pracować i całe pieniądze wydać na organizację.

JDG.: Pomijam zaszłości historyczne, dzięki którym na słowa lewica i socjalizm ludzie w Polsce dostają wysypki.

sobota, 17 lipca 2010

Duopol, czyli kto zlecił Smoleńsk.

Stirlitz zadzwonił do mnie z Moskwy i twierdzi, że jego znajomy KGBista po pijaku gadał, iż CIA i Mossad zorganizowali zamach w Smoleńsku, a im kazano zacierać ślady. Zresztą i w Polsce pojawiły się podobne głosy. Sołtys, któremu powtórzyłem sugestię Stirlitza podrapał się w głowę i stwierdził, że już gdzieś słyszał plotki, że dioksyny znalezione na Ukrainie u jutrzenki, tfu, Juszczenki to też robota Mossadu. - Rosja zamachy wykonuje bardziej perfekcyjnie i nie zostawia tylu sladów. - dodał Sołtys, a potem zamyślił się.

Pociagnąłem łyk świeżego bimbru ze szklanki musztardówki i przypomniałem sobie, że przecież sam przemycałem pieniądze z Zachodu dla Solidarności, a potem gościłem "współtwórców" kolorowych rewolucji, którzy po pijaku lubili się chwalić swoimi sukcesami. Jak zwykł mawiać towarzysz Nikonow wszędzie funkcjonuje ten sam schemat: taśma z materiałami kompromitującymi rząd w nadziei na wywołanie oburzenia wśród tłumów, potem przechodzi to w masowych zamieszek. Na razie nie wiem, czym zakończy się to w Polsce. Najlepiej udokumentowany jest schemat kolorowej rewolucji na Ukrainie. Zaczeło sie od kompromitujących materiałów - taśm byłego majora Melnyczenki, agenta CIA. Potem  pojawili się aktywiści, w tym z Polski, którzy zorganizowali masowy festyn, wykarmili jego uczestników, a chętnych dowieźli do Kijowa za darmo. Dzisiaj Juszczenka zgrany jest dla demokracji, a płomiennych rewolucjonistów z Majdanu nie przedstawia się już jako bohaterów. Kolorowe rewolucje wyraźnie wchodzą w światową, kteowaną przez Amerykanów, modę. Te nowoczesne, uniwersalne techniki zmiany władzy udowodniły swoją skuteczność w kilku krajach - od Serbii po Kirgistan, są widowiskowe, owiane rewolucyjną romantyką, na którą tak podatny jest tłum.

- No tak! - pomyślałem - Zamachowcy z CIA i Mossadu zrobili koronkową prowokację i użyli karty zupełnie zdawało się zgranej. Zupełnie niczym napad Talibów na WTC w Nowym Jorku.-)

Kańtocha wspominał kiedyś, że kierownictwo Solidarności nigdy nie zdało sprawy z tego, na co poszły milionowe środki, za co piło się wódeczkę i walczyło z komuną. Pieniądze szły z Zachodu na obalenie komuny, a potem przyszło spłacić dług. W ramach rozliczeń miały miejsce dwa tajne spotkania już po wyborach 1989 r. w brukselskim biurze Solidarności. Pierwsze spotkanie zorganizował Zdzisław Najder (TW Zapalniczka), który pisał później, że opracowano tam z udziałem polonijnych;-) ekspertów plan gospodarczy Solidarności. W drugim spotkaniu, w lipcu 1989 uczestniczyli Jerzy Milewski (TW Franciszek), Witold Trzeciakowski (TW Savoy), Jacek Merkel (zarejestrowany jako TW-k wywiadu), Jan Krzysztof Bielecki, Andrzej Milczanowski, Zdzisław Najder, Jerzy Thieme, Jeffrey Sachs i Jacek Rostowski. Okrojona relacja z tej tajnej konferencji ukazała się dopiero w 1994 roku. Wg Tadeusza Kowalika, faktycznym przedmiotem dyskusji był wciąż nieznany szerszej dokument International assistance program for Poland, który podpisali Lech Wałęsa i Jacek Merkel. W praktyce oznaczało to zgodę na przyjęcie tzw. waszyngtońskiego konsensusu, czyli ustalonego w USA  modelu gospodarczego. Za licencje na ten model płacimy co roku po prawie 2 mld złotych, w ramach misji w Iraku i Afganistanie. W demokracji tak bywa, że jak przychodzi co do czego, to podmiot demokracji, czyli naród ma się w zupełnym poważaniu, czyli w d. Tym samym za pomoc dla Solidarności zapłaciła i nadal płaci cała Polska przemianami, które Walt Rostow nazwał barbarzyńską kontrrewolucją. Wg polskich władz w wyniku tej przemiany ponad 17% osób w Polsce żyje poniżej minimum socjalnego, a wg badań i szacunków analityków z UE, poniżej minimum socjalnego żyje nieco ponad 23%, a prawie 50% rodzin w Polsce dotyka zwykła bieda. Przy okazji ziścił się czarny sen komunistów o masowej emigracji z Polski.

Katastrofa w Smoleńsku miała też inny, polityczny wymiar, ponieważ rozbudziła histerie w Polsce, wzmacniając z jednej strony PiS, a z drugiej PO. Wielu bowiem głosowało na Komorowskiego jedynie jako na mniejsze zło, a potem będzie głosować na PIS jako na mniejsze zło;-) W ten sposób społeczeństwo zostało wciagnięte w grę, której celem jest powstanie na wzór amerykański duopolu, w którym osoby u władzy sie zmieniają, ale w zasadzie nic się nie zmienia;-)

piątek, 2 lipca 2010

Istota sukcesu, czyli o peak oil.

Bezrobocie walcuje USA. W maju bezrobocie było szacowane na 9,7%, niby niezbyt wiele, ale ... ponad 16,6% to pracujący w niepełnym wymiarze czasu pracy oraz osoby, które zrezygnowały z poszukiwania pracy. Osoba bezrobotna na znalezienie pracy potrzebuje przeciętnie ponad pół roku! Tak źle  w USA nie było od zakończenia II wojny światowej, kiedy to zamykano fabryki zbrojeniowe, a miliony żołnierzy powracały do domu i szukały pracy. Bezrobocie to można dość szybko zmniejszyć, ale wymaga to rewolucji na miarę końca XIX wieku, kiedy to zredukowano czas pracy z 12 do 8 godzin dziennie. Obecna redukcja taka wymagałaby, przy zachowaniu minimalnego miesięcznego wynagrodzenia, redukcji czasu pracy z 8 do 6 godzin dziennie. Bez masowych protestów nie wydaje się to być możliwe, ale już widać, że sytuacja finansowa przeciętnych Amerykanów jest coraz gorsza, a droga wychodzenia z recesji będzie bardzo, bardzo długa.

W tym samym czasie w Europie w krajach socjalnych, do których należy cała Skandynawia, Holandia i Luksemburg, świadczenia socjalne i poziom życia ludzi w zasadzie nie zmienia się.Skandynawska istota sukcesu wynika głównie z faktu, że społeczeństwa te nie wykształciły klasy wielkich posiadaczy ziemskich, a potem tuzów przemysłu. Jak zauważył Duda, i komentatorzy jego blogu, taka Norwegia, to w zasadzie jedna wielka wioska, gdzie ludzie z Polski mogą śmiało pozbyć się kompleksów na tle zaściankowości i prowincjonalizmu, w które wpędziła nasze społeczeństwo elita medialno-polityczna. W krajach skandynawskich zawsze dominowały małe rodzinne gospodarstwa, a ludzie zmuszeni byli do współpracy ze sobą na na równych zasadach.  Trudne warunki egzystencji oraz świadomość, że nikt im niczego nie da za darmo, ani EUropa, ani zagraniczni inwestorzy, sprawiły, że dzielenie się tym co mają i wspólna praca stały się ich drugą naturą.  Wspólna praca, wzajemna pomoc i dzielenie się wypracowanym dobrem stanowią podstawę do bogacenia się, buduje poczucie wspólnoty, niezbędne do wspólnego politycznego działania. W Polsce też można tak działać, ale trzeba do tego politycznej woli i odrobiny zainteresowania się polityków wspólnotą, wśród której się żyje. Nie ma co się podniecać sukcesami innych, trzeba raczej być oszczędnymi i nieufnymi wobec obcych i obcej kultury. Ludzie są z natury społeczni i chętni do współpracy, ale władza musi wspomagać takie działania, a nie obrzucać je błotem, dyskryminować prawnie i wyzywać od komunistycznych przeżytków. Z doświadczeń Chile w dziedzinie oświaty, opartych o bon oświatowy i wyniki szkół państwowych, prywatnych oraz społecznych płyną ciekawe wnioski, które przeczą liberalnym tezom. Najlepiej w konkurencji jakości nauczania i kosztów wypadają szkoły społeczne, a różnica w jakości nauczania pomiędzy szkołami prywatnymi i państwowymi w zasadzie nie istnieje, tym samym przecząc tezie o wyższości świąt Wielkanocy nad świętami Bożego Narodzenia;-)

Kto w Norwegii lub Szwecji zwiedzał fiordy, ten  zapewne zauważył, że statki wycieczkowe należą do gmin i obsługuje je miejscowi pracownicy. Zyski nie idą do żadnej obcej korporacji, ale zasilają miejscowe społeczności. Norwegia to jedna wielka wioska, gdzie nie ma pałaców, a bogaci ludzie żyją nadzwyczaj skromnie. Podobnie jest w Szwecji i Finlandii, gdzie domy i mieszkania władzy to nie ogrodzone, strzeżone osiedla i kilkusetmetrowe pałace, ale skromne, często drewniane domy. W krajach skandynawskich bogatych opodatkowuje się wysoko tak, aby nie rozleniwiać ich zbyt dużymi dysproporcjami dochodów, co pozwala zapobiegać korupcji i każdą pracę czynić godną szacunku. To w takim świecie Linus zamiast zastanawiać się, jak zostać drugim Gatesem, podzielił się swoja pracą nad jądrem systemu operacyjnego i połączył swoją pracę z wysiłkami Stellmana Stallmana i ludzi mu podobnych tworząc GNU/Linux. Bez wspólnego, bezinteresownego działania nie byłoby ani telefonii komórkowej, ani Internetu, ani Wikipedii. Mylą się ci, którzy sądzą, że oto na naszych oczach kończy się słodki nordycki sen. Skandynawia, pomimo niezwykle trudnych warunków rolnych jest samowystarczalna żywnościowo, surowcowo i energetycznie, a społeczeństwo nie składa się tam z rozleniwionych Arabów, ale z  pracujących wspólnie, oszczędzających i żyjących skromnie uczciwych ludzi.

Jeśli w Polsce nie uda się zbudować społeczeństwa zdolnego do bezinteresownej współpracy i samopomocy, to pomimo pokładów gazu łupkowego nie staniemy się drugą Norwegią, a co najwyżej druga Rosją, albo drugim Kongiem. Przecież zyski z wydobycia, przerobu i sprzedaży gazu mogą zostać rozkradzione lub sprywatyzowane, a społeczeństwo polskie dostać może jedynie koszty usuwania zanieczyszczeń na wyeksploatowanych polach. Najlepszym przykładem jest tutaj Baku, któremu zostały tylko zniszczone i nikomu niepotrzebne wieże wiertnicze oraz ziemia skażona ropą naftową. 

Współdziałanie jest niezwykle ważne w obliczu stojącego u wrót szczytu wydobycia ropy naftowej, peak oil. Gdy nastąpi kilku, kilkunastoprocentowy trwały deficyt w zaopatrzeniu w ropę naftową, to gospodarka krajów takich jak Polska przeżyje panikę na rynku paliw i ogromne perturbacje gospodarcze i społeczne. Żadne rezerwy strategiczne, ani nowe ropociągi nie rozwiążą problemu zaopatrzenia w surowce energetyczne. Nie ma co się łudzić katarskimi kontraktami. W zależności od tego, jak ludzie będą ze sobą współdziałać, możemy stać się albo drugą Koreą Północną z totalitarnym reżymem i społeczeństwem przymierającym głodem, albo możemy pójść w ślady Kuby i Skandynawii, gdzie żadne dziecko nie kładzie się spać głodne. Jak zwykł mawiać Konfucjusz, w rządzonym dobrze państwie wstyd być biednym, natomiast w państwie rządzonym źle hańbą jest być bogatym.

free counters Silver charts on InfoMine.com Silver charts on InfoMine.com Ogólnopolska Akcja Bojkotu Mediów III RP