niedziela, 1 maja 2011

Wieść gminna

Pokier pochłonął mnie na całego. Grałem i zazwyczaj wygrywałem. A to ograłem Sołtysa, a to Stirlitza, a to Brunnera, jak sobie popił. Az tu nagle Stirlitz przyprowadził na karty kumpla, Bóg wie skąd - no i przegrałem z kretesem, całą tygodniówkę;-) Staneło na tym, że mam u niego przez tydzień zasuwać jako "stażysta", bo roboty było dużo, a miałem przypilnować ludzi, którzy dokonywali aktualizacji baz danych i podniesienia oprogramowania na wyższą wersje. W poświateczny wtorek o szóstej wyzwoliłem się z objęć dzierlatki, przemyłem twarz zimną wodą, a gardło kieliszeczkiem bimbru i pojechałem autobusem do "pracy". Ludziom przedstawiono mnie tak szybko i krótko, że nawet zapomniałem, jak mam się nazywać i odprawiono nas w teren słuzbowym autkiem po objazd gmin i wykonanie roboty. Atmostera w gminach poświateczna, a to ciasto, a to kawałek pieczeni, a to kieliszek księżycówki wypity pod stołem. Robota coraz bardziej mi sie podobała, a atmosfera stawała się coraz bardziej rodzinna. Skoro staliśmy się prawie swojakami, do czego przyczyniła się zapewne i moja flaszczeczka bimbru, którą dolewałem do kawy, twierdząc iż ten specyficzny aromat, to wynik unikalności tego brazylijskiego gatunku;-). W urzędzie porzucono dawną sztywność i przeszlismy na Ty. Okazało się iż każdy tutaj zwraca się do kolegów i koleżanek z gminnego urzedu, a to stryju, a to wóju, a to ciociu - komoterstwo, aż miło patrzeć.-) Do tego na każdym biurku znajdowały się plastikowe szufladki na dokumenty, a biurka były wręcz zasypane papierami. Zasada działania była niezwykle prosta, aż dziw, że nikt jej do tej pory nie opatentował w USA;-) Do górnej szufladki kładło się dokumenty i sprawy do załatwienia, a po jakichś 3-4 tygodniach w wyniku skrupulatnego czytania sprawy co poniektóre papiery lądowały na środkowej szufladzie w celu poleżakowania. Po kolejnych tygodniach sprawa była brana na warsztat, ale w taki sposób, żeby broń Boże nikt za wydaną decyzję personalnie nie odpowiadał;-) A co kolejne wymaganie państwa, to kolejnego pociotka zatrudnić można. Żyć nie umierać! Skoda, że nie dla każdego.

W piątek wieczorem, gdy kończyłem swój "staż" w IT miałem już kopie baz danych wszystkich gmin, które odwiedziliśmy, oraz bazę danych powiatu, w którym spędziliśmy pół dnia. Na dodatek z połową urzędników popijałem, a to kawę "z prądem", a to czysty "prąd", poznając skomplikowane koligacje rodzinne i całe familie, którymi obrosły urzędy. Aby posprządać tą stajnię Augiasza, to potrzeba w Polsce Herkulesa, a nie Słońce Peru i "miszczów bajeru". Dane obywateli okazały się zupełnie nie chronione i stawiam bimber przeciw orzechom, że z danymi w GUS jest identycznie. Piłem jeszcze w lutym z jednym Arabem, który ryzyko utraty danych przez GUS oszacował na jakieś 87%, co i tak wydaje mi się nieco zaniżone.-) Takimi się czujаc, a podobno nie czując na spisy wołają. Boże dajmi z takimi mężmi zawżdy czynić;-)

4 komentarze:

  1. Jak zwykle na poziomie wpis,daje do myślenia ,mógłby Pan Hans dodawać częsciej wpisy ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak sie gminy obrabia z danych, a nocą bimber pije, to częściej pisać trudno;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Współpraca i kontakty z władzą różnie się kończą,dajmy na to przykład Bin Ladena:-) Adolf

    OdpowiedzUsuń
  4. hmm...
    ta rodzina w urzędzie, to tak chyba jak rodzina na Sycylii ;-)

    OdpowiedzUsuń

free counters Silver charts on InfoMine.com Silver charts on InfoMine.com Ogólnopolska Akcja Bojkotu Mediów III RP