poniedziałek, 21 października 2013

Nieco o referendach i "demokracji"

W Polsce istnieje coś, co powoduje iż referenda są w zasadzie fikcją prawną. Owa fikcja prawna polega na tym, że wynik głosowania zależy od ilości biorących w nim udział obywateli. Inaczej głosowanie jest nieważne.-)

Gdy popijam bimber, to do głowy zwykle przychodzą nieprawomyslne pomysły, na przykład pytanie o to, kiedy głosowanie w demokracji jest ważne? Gdy wybieramy władze lokalne czy też krajowe, to frekwencja nie wpływa na wynik. Nawet jak na głosowanie przyjdzie tylko kilka osób, to wynik wyborów jest ważny.-) Wynika to z podstaw demokracji, w której źródłem władzy jest Naród, który jest uprawniony do decydowania i rozstrzygania w sprawach najważniejszych dla państwa,-) a wyrażanie tej władzy odbywa się  poprzez głosowanie.

Wprowadzony wymóg frekwencji łamie tą zasadę, gdyż co do zasady - nieobecni (nie głosujacy) nie mają racji.

Teraz wystarczy przeanalizować referendum w Warszawie, ale podobne przypadki miały miejsce równiez w innych miejscach w Polsce. 

Po pierwsze primum, głosowanie się odbyło i suweren dokonał wyboru.
Po drugie primum,-) wynik wygladał nastepujaco - 95% chciało wykopać Hankę z warszawskiego bufetu, a 5% było przeciw i chciało jej pozwolić na dalsze obżeranie sie przy korycie. Tak jak to analizuje 3ci obieg, oddano 320 tysięcy głosów za tym, aby jednak Hankę wykopać. 
Po trzecie primum,-) system "demokratyczny" spowodował, że politycy mogli w "demokratyczny" sposób podetrzec sobie d. wynikiem wyborów dokonanych przez teoretycznego suwerena. Wymóg frekwencji przy referendach to taka lżejsza forma stalinowskiej demokracji, w której nie ważne jest, jak kto głosuje, ale kto liczy głosy.-)

Wprowadzony wymóg frekwencji spowodował wypaczenie wyniku wyborów, bo WYGRAŁO głosujące za pozostawieniem Hanki przy żłobie niecałe 50 tysiecy.-) Do wiążącego wyniku referendum zabrakło ok 20 tysięcy głosów. Aby referendum było ważne, potrzeba było ok 390 tysiecy głosów. Na Hankę głosowało kiedyś 345 tysięcy, a tymczasem nawet 320 tysiecy osób nie jest w stanie w "demokratycznym" państwie (bez)prawia wykopać przyspawanego do stołka urzędnika, bo, w myśl obecnej "demokracji" z przymiotnikami, mogło zdarzyć się i tak, że nawet i 350 tysięcy nie byłoby w stanie wykopać Hanki ze stołka.-) Wot technika!-) O manipulacjach przy tym referendum nawet nie warto wspominać.

Znów musiałem się napić, bo zdaje mi się iż bez tego nie widać, że to co mamy w Polsce, to nie jest żadna demokracja,-) tylko jej fasada, w cieniu której kryją się zwykli złodzieje i pasożyty. W demokracji zasadą jest, że decyzje podejmowane są większością głosów, a niegłosujacy nie mają racji.-) Tak jest dla przykładu w Szwajcarii, Austrii, Niemczech, USA, ale jak powszechnie wiadomo, Szwajcaria nie jest dość "demokratyczna", no i ciągle tam Murzynów biją.-)



piątek, 18 października 2013

Nieco o gwałtach

Piję bimberek i czytam ZeZowatego, a tam nakierowanie na pewna czytanke o gwałtach. Tymczasem warto spojrzeć dalej i pomysleć ku czemu to zmierza. W jednej z dyskusji padły oto takie, wybrane przeze mnie sensownie, aczkolwiek zupełnie niesubiektywnie, komentarze, zamieszczone poniżej fotek.


Tu są dwie sprawy.
Jedna została poruszona przez autora artykułu. - Zamilczanie przez Rosją i Rosjan gwałtów dokonywanych przez żołnierzy sowieckich podczas II Wojny Światowej. W tym również gwałtów dokonywanych w Gdańsku.

Druga sprawa jest jedynie zasygnalizowana w zdaniu :- "...wiem, że historia nie jest tak prosta jak rzeźba w stylu socrealistycznym". Historia Gdańska jest fałszowana przez Polaków, Niemców, Rosjan,...,... ale w pracach historyków angielskich, czy fracuskich też prawdy nie znajdziecie. 



Podoba mi sie wypowiedz .Jest chyba najblizsza tego co sie nazywa trzezwym osadem historii. Nikt nie pisze ,nie mowi co Niemcy wyprawiali na Ukrainie,Bialorusi (dodatek HK: i w Polsce). Mozna to znalezc np w ksiazce Remarque "Czas zycia .czas smierci" polecam! .Niemiec opisuje kampanie niemiecka w Rosji. Rosjanie zas odplacali Niemcom za zbrodnie jakich sie dopuscili w czasie marszu na Moskwe i potem w ramach pacyfikacji .Nie na darmo mozna w filmie BBC "IIwoja swiatowa" uslyszec ze byla to najbardziej brutalna i barbarzynska wojna w czasach nowozytnych. Zadne konwencje nie mialy zastosowania .Liczylo sie jedno unicestwic przerciwnika za wszelka cene.!
W kazdej wojnie sa gwalty .Angole gwalcili Zuliski,Burki w czasie wolny burskiej.Amerykanie gwalcili Niemki na swoim szlaku na Berlin. Zwyciezcow sie nie rozlicza.Nie rozliczono np USA za bombe atomowa gdzie w sekunde wyparowalo pare setek tysiecy ludzi. I oto ,ponad pol wieku po tragicznych wydazeniach mamy w Polsce artyste ktorego ambicja jest poruszyc sumienia.Moja watpliwosc budzi temat .Dlaczego nie zajal sie gazowaniem ludzi w obozach ,jak szczury ! a wzruszyl sie Niemkami .Wojna jest pozbawiona wszelkich subtelnych emocji.Liczy sie zabic i przezyc.! jestesmy w 95% zwierzetami z cala nasza biologia i instynktami.Nie ma sie co dziwic ze zolnierze gwalcili skoro mogli za minute byc zabici prze snajpera czy w potyczce.Prosze poczytac pamietniki osadnikow we Wroclawiu pelno tam roznych dramatycznych historii ,zbrodni jakich sie Niemcy dopuszczali juz po zajeciu miasta przez Rosjan i Polakow. Tym zabitym nikt pomika nie wystawia .
Mysle ze artysta postanowil zaistniec ,zrobic sobie dobrze i chocby to dyskwalifikuje jego intencje .Maly ,pazerny czlowieczek! 



Ten "pomnik" powoduje możliwość i usprawiedliwia ewentualne pojawienie się "pomnika niemieckich ofiar bestialsko pomordowanych przez polskich bandytów w latach 1939-45". Pan "artysta" nie rozumie? Rozumie, ale tym razem pragnienie sławy było za silne

piątek, 11 października 2013

Nieco o pracy

Nalałem sobie bimbru do szklanki i odstawiłem gazetę, a potem zerknałem na ekran komputera, gdzie leżały otwarte sobie dwa grosze i coś mi się nie zgadzało. Pociagnałem bimbru ze szklanki, ale smak był taki sam, potem powąchałem gazetę. Pachniała jak zwykle farbą, więc coś było nie tak z tym, co siedziało głeboko w sieci. Wtedy przypomniałem sobie artykuł o tym, jak narzekano na to, że wydajność pracy w Polsce rosnie zbyt wolno. Narzekano tak pod koniec 2010 roku, kiedy wzrost wydajnosci sięgnął 3.5%. Na poziom wzrostu wydajności pracy miał wpływ mniejsze niż u sąsiadów inwestycje w przemyśle oraz więcej godzin przepracowanych.
Zamyśliłem się i napiłem bimbru. Jak to się dzieje, że inwestycje w przemysle spadają, a wydajność rośnie, a potem nastąpił błysk oświecenia - w Polsce w tym samym czasie gwałtownie rosła szara strefa.

Wydajność pracy, to nic innego jak ilość pracy wykonanej w jednostce czasu, np w godzinę. Pracę najczęsciej wyraża się w jednostkach naturalnych, stąd wydajność mierzona w ilościach sztuk na godzinę, ale pracę można wyrażać również jako wartość wyrobów wyprodukowanych w jednostce czasu, stąd w złotych na godzinę. Teraz gdy pod uwagę wezmiemy metodykę GUS, to w dużym uproszczeniu, wydajność w sterach wytwórczych liczona jest jako wartość produkcji dzielona przez ilość oficjalnie przepracowanych godzin w tych dziedzinach gospodarki. Jeśli pracownik pracował wczesniej na cały etat, a teraz oficjalnie pracuje na pół, a nieoficjalnie nadal robi 8 godzin, to oficjalny czas pracy spadł, a ilość produkcji nie, więc wydajność pracy poszła w górę. Podobnie, dzieje się, gdy pracownik oficjalnie pracuje 8 godzin, a nieoficjalnie zap..la 12. Z kolei, gdy pracownik przechodzi na samozatrudnienie, to automagicznie znika ze strefy wytwórczej, a pojawia się w usługach - produkcja nie spada, a ilość oficjalnie rejestrowanych godzin tak. Metod, na "oszukany" wzrost wydajności jest wiele.-) No i mamy z grubsza tak, że gdy szara strefa spada, to spada i wydajność pracy, a gdy szara strefa rośnie, to wydajność pracy rosnie.


Fizyki nie da się oszukać. Wzrost wydajności spowodowany zmianami i udoskonaleniami technicznymi nie przekracza w zasadzie 1.5-1.8%. Tak więc drogi M.R, twoja analiza nie trzyma się kupy, co potwierdzi ci każdy, kto w ostatnich latach sprzedawał firmom szkolenia (za wyjatkiem szkoleń opłacanych w całości z funduszy unijnych) . Firmy w ostatnich latach kupują coraz mniej szkoleń i budżety szkoleniowe krojone są ponad miarę i często bez sensu. Doszło nawet do tego, że w kilku zakładach widziałem demontaż stanowisk zautomatyzowanych, bo ludzie, zwłaszcza niedopłacani i z szarej strefy są tańsi niż utrzymanie maszyn i opłacenie specjalistów. Jak głosił Totus, recepta na wysokie zarobki jest prosta - trzeba inwestować kapitał w stanowiska pracy, a gdy nie ma kapitału krajowego to trzeba nakłonić kapitał zagraniczny do takiego działania

Problem w tym, iż nie jest to takie proste, zwłaszcza, gdy obszar przemysłu kurczy się, a władza nie podjęła działań, aby go odbudować czy choćby wesprzeć inwestycje w dziedzinach wytwórczych. Inwestycje bezposrednie w Polsce są niewielkie i sprowadzają się zasadniczo ostatnimi laty do reinwestowania zysków i do usług opłacanych z funduszy UE, które momentalnie można zwinąć, wraz ze zwinięciem sie owych strumieni pieniadza. W końcu Niemcy nie po to płacą na UE aby mieli na tym tracić.-)
Realny napływ kapitalu jest coraz bardziej symboliczny (dane z NBP).


rok kapitał reinwestycje pozostałe kapitały w tym ok 70% to usługi refinansowane przez fundusze UE
1999 5,1 -0,4 1,7
2000 9,4 -0,4 1,1
2001 5,5 -1,2 0,8
2002 4,1 -1,3 0,2
2003 3 -0,1 0,6
2004 3,1 5 2,2
2005 2,8 2,7 2,7
2006 4,4 4,5 6,6
2007 3,5 6,7 7
2008 5 -0,4 4,9
2009 4,1 -0,5 4,4
2010 4,2 7,5 2,5
2011 2,3 6,7 9,8


Napiłem się bimbru i pomyślałem. Spodobało mi się i pomyślałem raz jeszcze.-)

Zasadniczym elementem kosztów są koszty pracy. Przy czym zasada jest prosta - im wyższe są koszty pracy w wyrobie gotowym, tym bardziej rozwinięta jest gospodarka i tym bardziej społeczeństwo ma za co kupować wyroby tej gospodarki, a tym samym nakręcać koniunkturę. Jak wspomniał Totus, wysoko uzbrojone technicznie staniowisko pracy wymaga wysoko specjalizowanych pracowników, którzy drogo kosztują. Praca jest lokalna, w odróznieniu od kapitału, a więc wysokie zarobki w dziedzinach wytwórczych ciągną płace za uszy do góry w całej gospodarce. Wzrostowi płac sprzyja oddolne zorganizowanie społeczeństwa, poprzez umowy zbiorowe, związki pracowników, a nawet związki wyznaniowe. Poprzez to rośnie udział kosztów pracy w jednostce wyrobu gotowego. Dla przykładu Niemcy, Francja - udział kosztów pracy ok 70%, Polska ok 45%. Gdyby chcieć dogonić koszty pracy do poziomu niemieckiego, a tym samym podnieść jakość życia i zarobki obywateli, to co roku należałoby podwyższać płace o ok 5-7%, przy czym ok 2-3% to podwyżka inflacyjna, aby płaca nie traciła swojej wartości, a 2-4% to podwyżka wynikająca ze wzrostu wydajności, który w Polsce rośnie o ok 3%. Do tego jakieś 1% wynikający z gonienia poziomu płac z owych ok 45%, do poziomu 70%. 

Mamy tutaj do czynienie z dodatnim sprzężeniem zwrotnym. Wyższe płace powodują wzrost środków technicznych na stanowisku, a to wymaga coraz bardziej wykształconych specjalistów, którzy są dobrem rzadkim i chca wyższych płac. Z kolei wyższe płace wymuszają dalsze inwestycje w technikę aby podnieść wydajność pracy. Innowacyjność gospodarki staje się efektem ubocznym tych procesów. Zatrudnieni i dobrze wykształceni specjaliści mają dość kapitału aby założyć własne firmy i oferować wymyślone przez siebie nowoczesniejsze rozwiązania i usprawnienia. Innowacyjność to nie jest zakup maszyny czy automatu za granicą, ale wytworzenie go w krajowych firmach i wdrożenie rozwiązań do krajowego przemysłu.

Najlepiej o inwestycjach w Polsce świadczy poziom rozwoju kapitału ludzkiego, który m.in. mierzony jest kwotami przeznaczonymi na szkolenia w firmach oraz ilością zatrudnionych specjalistów w stosunku do ogólu zatrudnionych.

Zarówno budżety szkoleń w Polsce są żenująco niskie, ale i ilość wysokopłacanych specjalistów nie jest wielka. Brak przemysłu skutecznie eliminuje miejsca pracy gdzie ci specjaliści są potrzebni. No i kółko się zamyka - mało potrzeba specjalistów i mniej szkoleń, mniej szkoleń, to specjaliści i potencjalni specjaliści emigrują tam, gdzie lepiej im płacą. A że praca jest lokalna, to już nie wracają. Wyspecjalizowani spawacze, automatycy, hydraulicy, inzynierowie, programisci, lekarze wyjeżdżają. Nowych trzeba by szkolić, co kosztuje i podatników i przedsiębiorców, ale po co, skoro łatwiej jest stworzyć szarą strefę dla pracowników. Kary w Polsce i egzekucja prawa, w tym prawa pracy jest na śmiesznie niskim poziomie, więc skutkiem tego oraz zmniejszajacej się bazy przemysłowej, udział płac w Polsce obniża się, Tym samym coraz bardziej zbliżamy się do poziomów III świata, gdzie udział płac to poziom ok 30-35%. Dochodzi przy tym do takich paradoksów, że płace na stanowiskach podstawowych w polskich firmach zaczynają być niższe niż w Chinach. Jednakże miejsca pracy tak szybko nie przeniosą się z Chin do Polski, bo w Polsce prawie nie ma tak zaawansowanego technologicznie przemysłu, a na jego odbudowanie potrzeba 20-30 lat, wykształcenia nowych specjalistów i ogromnych inwestycji, prywatnych, państwowych, zagranicznych. Wiedzą coś o tym Niemcy, którzy zklikwidowali u siebie "nierentowne" koksownie, a skutkiem tego o mało nie padł im przemysł hutniczy i budowy maszyn.

Przy obecnej władzy poziom jednostkowych kosztów pracy długo nie wzrośnie, a tym samym nie ma co liczyć na wzrost PKB i wzrost zamożności Polaków

Prywatna konsumpcja za 2013Q2 jako zmiana stanu w stosunku do ubiegłego roku - zielony wzrost, żółty spadek

Wystarczy porównac to ze wzrostem produkcji, aby zobaczyć miejsca, w których konsumuje się owoce pracy w Polsce.

W Polsce płace i ich udział w kosztach rosły do 1998 roku (0.701) w którym udziałem zrównały się z Niemcami. Zrównał się % udział w kosztach, ale nie poziom płac. Dawało to wtedy szansę na stosunkowo szybkie dogonienie zarówno poziomów wytwórczości, jak i poziomów życia średniej z krajów strefy euro. Od roku 1999 udział płac w strukturze kosztów stale spada, podczas, gdy wydajność pracy oraz inflacja rośnie. Można powiedzieć, że efekty wzrostu gospodarczego w Polsce są konsumowane wyłącznie ustami właścicieli kapitału, w tym zagranicznego, a po wejściu do UE proces ten nasilił się powodując dramatyczną w skutkach emigrację za granicę, ale również dramatyczny spadek innowacyjności. Teraz zamiast automatów i nowoczesnych obrabiarek czy koparek stawia się 10 Murzynów, tfu Polaków, zamiast automatyzacji przemysłu są zatrudniane za głodowe stawki kobiety do montażu itd. To są efekty m.in. żałosnej polityki rządów w Polsce, którzy jak idioci, zamiast tworzenia warunków dla rozwoju przemysłu i powstawania miejsc pracy w sferze wytwórczej, cieszyli się, że młodzi Polacy wyjeżdżają i pracują za granicą. Przy tak niskim poziomie udziału kosztów prac w wyrobie, nie ma co liczyć na emigracje. łatwiej jest przenieść fabrykę z Polski na Białoruś lub Ukrainę niż odtworzyć bazę przemysłową i wykształcić specjalistów.

Gdyby jednostkowe koszty pracy w swojej proporcji zostały zachowane na poziomie 1998 roku, to obecna płaca byłaby o ok 60% wyższa i mielibysmy większy udział strefy wytwórczej w PKB. Obecna mediana płac wynosi ok 3600 brutto, a powinna kształtować się na poziomie 5700, tj na poziomie Hiszpanii. Przy tym poziomie płac szacuje, że emigracja nie sięgnęłaby nawet 20% obecnego stanu, a PKB byłoby pewnie o jakieś 50% wyższe od obecnego.  Tymczasem szansa na rozwój gospodarczy, sfery wytwórczej i rentę demograficzną została zaprzepaszczona i już się nie wróci. Lepiej już było. Nikt nie zainwestuje w Polsce miliardów dolarów, abysmy mogli stac się Chinami Europy, chyba, ze zrobią to Chińczycy.-)

Przy okazji rozważań o pracy warto poczytać o pewnym fenomenie gówno wartych prac.-) Jak opisuje to David Rolfe Graeber, w 1930 r. Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo. Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu.

Fenomen ten przypomina inny, amerykański (sen) gdzie prawie 50 milionów ludzi funkcjonuje tylko dzieki kartkom na darmowe żarcie, bo nie ma dla tych ludzi pracy i płacy, ponieważ inni "muszą" zap..ja po 40-50 godzin tygodniowo.

Podsumowac to można krótko. Nikt nie staje się bogatszy, że więcej zje, czy też kupi mieszkanie lub auto na kredyt. Bogatszym i indywidualnie i w zbiorowości staje sie ten, kto wiecej wytwarza produktów i półwyrobów (sektor wytwórczy), żywności (rolnictwo) oraz usług eksportowanych na zewnątrz (oprogramowanie, usługi, które nie obejmują eksportu prostytutek,-). Od budowania stadionów, szkolenia spawaczy ze stoczni na psich fryzjerów i sprzedawania frankowych kredytów naiwnym krajanom, Polacy nie stają się bogatsi, podobnie jak i od tego, że zjedzą obiad w restauracji, a nie w domu.

Oto mamy system, który zamiast dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył* i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną (gównianą) pracą.

*O postulowanym przeze mnie ograniczeniu czasu pracy do 25-30 godzin tygodniowo, przy zachowaniu poziomu płac mozna znaleźć w innych moich postach, np tu

PS: Piotr Broda-Wysocki z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych: Twierdzenie, że praca jest sposobem na wyjście z biedy, już dawno przestało być prawdziwe. Według ostatnich danych GUS w Polsce wzrasta liczba tzw. pracujących biednych. Także wykształcenie nie gwarantuje już dobrych zarobków. – O ile u nas biedni pracujący to 12% społeczeństwa, o tyle w Czechach jest ich tylko 4%. Tam rozpiętość płac jest o wiele mniejsza niż u nas.

środa, 2 października 2013

Buldogi, czyli o pieniądzach i ludziach (bez) honoru

Popatrzyłem za okno hotelu w Moskwie, gdzie pierwszy śnieg spokojnie prószył mając za nic globalne ocipienie, tfu ocieplenie.-) Stirlitz przełknął ślinę, ale zamiast do barku potoczył się w kąt i otworzył walizkę pełną sołtysowego bimbru. Popatrzył przez chwilę, wziął jedną z butelek pod światło, a potem otworzył i nalał do pełna dwie szklanki. W szklankach żurawinowa, jasnoczerwona ciecz w promieniach porannego słońca przechodziła w rubinowy kolor. Stirlitz jeszcze raz przełknął ślinę i wypił duszkiem pół szklanki. - Dobre! - zawyrokował, ale nie wiedziałem, co dokładnie ma na myśli, bo z pokoju obok dochodził perlisty śmiech jakichś dzierlatek. Popatrzyłem na Stirlitza, a ten uśmiechnął się do mnie i rzekł - Nie patrz na mnie! Ja nie spraszałem! - Aha! - pomyślałem - Standardowe wyposażenie pokoju! Wyższy standard, tylko dlaczego w takim razie ten Rusek nie opróżnia barku, tylko zabrał się za bimber? - pomyślałem. Stirlitz popatrzył na mnie, pokiwał głową i dodał po rosyjsku - ты ничего не понимаешь. Obiecałem jednej ze swoich żon, że nie będę już opróżniał barków w hotelach ani pił wódki.-) No to dotrzymuje słowa. Jestem człowiekiem honoru -

Napiłem się bimbru ze szklanki i pomyślałem, że Stirlitz zrobił się jak Komoruski, który też jest człowiekiem (bez) honoru. Będąc jeszcze ministrem MON, publicznie oświadczył był iż odejdzie z polityki, jeżeli zarzuty wobec Szeremietiewa się nie potwierdzą, a chodziło wtedy o korupcje. Nie tak dawno prawomocny wyrok sądowy stwierdził był, że Szeremietiew jednak nic do łapy nie wziął, ale już odpowiednie przetargi dla wojska pozamiatano, no i facet (bez) honoru załapał się był na oficjalnie najwyższe stanowisko w państwie. Komoruski, jak głosi plotka krążąca po Moskwie, dogadał się z ruskimi Żydami i obiecał zakupy w Izraelu tego super sprzętu, który ni jak nie chce działać w warunkach globalnego ocieplenia na polskich poligonach.-) Na dodatek teraz Słońce Peru utarło mu nosek, który jest od tego, by wąchać ów czosnek.-) Towarzystwo zdaje się skrzypi, a tutaj chodzi o dobrych kilka miliardów wsparcia dla odchodzących w niebyt polityków od oferentów sprzętu wojskowego, a może nawet o prawdziwą wojnę. Ruscy się zbroją, Chińczycy się zbroją, to może i w Polsce przyszedł już czas na rakiety zamiast makiety?-)

Popatrzyłem za okno i przypomniałem sobie możliwe scenariusze. O tym, że Francuzi, tfu, Murzyni z Luizjany będą umierać za Gdańsk pora zapomnieć i wrócić do pomysłów Gomółki skumania się z Chińczykami. 

- A znasz mandaryński? - zapytał mnie Stirlitz. - Nie znam, ale pamiętam, jak wyglądało nieoddawanie guzika od munduru jesienią 1939 roku. Zreszta chińskiego też można się nauczyć.-) -









free counters Silver charts on InfoMine.com Silver charts on InfoMine.com Ogólnopolska Akcja Bojkotu Mediów III RP