niedziela, 8 marca 2020

Koronowirus, czyli nowy stan wojenny w Polsce

Patrzę, a tu leci do mnie Sołtysowa z dwoma siatami wypełnionymi Bóg wie czym i z obłędem w oczach drze się już w progu na na moją ślubną. Za nią wpada w moje skromne progi Sołtys z butelką w ręku, cały aż zaczerwieniony z wysiłku i kiwa na mnie. Babskie sprawy zostawiamy babom i ruszamy do piwnicy, gdzie w związku z koronowirusem przeniosłem moje biuro. Za nami z niechceniem podniósł się i podążył Szarik. Weszliśmy. Zapalam światło, ale tylko częściowo, tak, aby o graty się nie obijać i siadamy w fotele. Stawiam na stole dwa kieliszki i ze zdziwieniem zauważam, że ktoś dostawia szklankę - wot swołocz, Stirlitz - pomyślałem. - Sam tyś swołosz - myśli o mnie Stirlitz, a na głos dodaje - Nie lej mi tej berbeluchy Sołtysa, ale porządną eksportową wódkę polską 96% - i z uśmiechem wali się w fotel. Sołtys i ja też siadamy. Biorę od Sołtysa butelkę i napełniam kieliszki, a dla Stirlitza leję pół szklanki spirytusu. Stirlitz patrzy na mnie z politowaniem, jakbym mu żałował, więc mu dolewam jeszcze kapeczkę. Sołtys głęboko oddycha i zaczyna - Koronowirus w Polsce jest. Sam minister w telewizji gadał i pokazywał. Wyszło mi, że gadzina większy od prosiaka i do Zielonej Góry polazł. Potem pokazywano w telewizji szkody, jakie uczynił. Ze sklepów zeżarł cały ryż i makaron włoski. Pewnikiem w tym właśnie zasmakował w Italii. Z Zielonej Góry nie wyszedł, a już gadają, że drugi taki w Szczecinie był widziany. Zarażonych rozpoznać można po gorączce i obłędzie w oczach. - zakończył Sołtys i zawartość kieliszka wlał szybko do gardła. Pomyślałem, spodobało mi się i znów pomyślałem, a w tym czasie wyschła już i zawartość szklanki Stirlitza, a Sołtys wlewał w siebie trzeci kieliszek. Pies zaczął wyć.
Powoli ogarniała mnie panika. Popatrzyłem na włączony przez Stirlitza telewizor i spostrzegłem że jeden z tych w telewizyjnym studio, gapi się na mnie. Dla uspokojenia skołatanych nerwów też się napiłem i poprawiłem drugim. Strach nie odpuszczał. Ostatnio tak miałem w 56 gdy dopadło mnie pod Cegielskim. Znów się napiłem i wróciła trzeźwość umysłu. W półmroku gabinetu było widać jakąś dziwną mgłę, która sączyła się powoli z telewizora.
- Wyłącz natychmiast to pudło! - wrzasnąłem na całe gardło. Stirlitz był szybszy od Sołtysa i momentalnie zapadła dzwoniąca w uszach cisza. Wszyscy, nawet pies patrzyli na mnie.
- No tak - powiedziałem powoli - Zaraza musi się rozprzestrzeniać poprzez telewizje - zakończyłem. - I radio - dopowiedział Sołtys. - Musimy to sprawdzić - dodał Stirlitz.
Do eksperymentów na ochotnika zgłosił się pies Szarik. Założyliśmy mu słuchawki na uszy, a sami już na dobre rozpoczęliśmy proces dezynfekcji organizmu. Przez pierwsze 10 minut nic się nie działo, a potem psu oczy zaczęły na wierzch wyłazić i zaczął wyć. Gdy przestał, ze słuchawek dał się słyszeć głos o kwarantannach, odosobnieniach i psychuszkach dla krnąbrnych, pogrzebach i kremacji zwłok bez wydawania ich rodzinie, o racjonowaniu papieru toaletowego i mydła oraz o spirytusie, który ma być teraz bez akcyzy, ale za to na kartki.
- Dość tego! - Stirlitz walnął pięścią w stół. - Spirytus na kartki?! - wykrzyknął - Schodzę do podziemia! - po czym otworzył swój kufer, wyjął z niego starą pepeszę i z kilkoma magazynkami ruszył na górę. Popatrzyliśmy na siebie z Sołtysem i zaraz sięgnąłem po butelkę bimbru, bo wódka z akcyzą, nazywana berbeluchą, właśnie się skończyła. Jeszcze dwa kieliszki i świat zaczął mi wirować przed oczyma - O rzesz ku...! - wykrzyknąłem - Zbyt późno zaczęliśmy dezynfekcje! - i zemdlony upadłem na podłogę.
Nie wiem ile czasu byłem nieprzytomny, ale chyba długo, bo jasny promień słońca wpadał przez piwniczne okno do środka, a zwykł czynić to rano. Sołtys leżał na stole czoło opierając na sałatce, chyba martwy, a pies w kącie z nogami do góry. Wstałem, ale nadal kręciło mi się w głowie. Z trudem dotarłem do schodów i wydostałem się z piwnicznego tymczasowego biura. Na parterze nie było śladów dzieci i żony, ani typowej dla poranka krzątaniny. Pewnikiem tak jak ci w piwnicy stali się ofiarami koronowirusa. Wyobraziłem sobie dzielnych naszych żołnierzy służby sanitarnej, którzy ramię w ramię z policją pilnują kwarantanny,  a nasze dzielne ZOMO, pałując gadzinę, broni ostatniej reduty polskości. Te pchające się do fałszywego punktu szczepień tłumy po kieliszek wódki wkrótce potem padające bez życia za namiotem medycznym. Już ich nikt nie uratuje, bo pili bez uiszczania akcyzy i wymieniali się dobrami między sobą za gotówką, srebro i złoto.
Spojrzałem oczyma wyobraźni w prawo, a tam sam minister zdrowia i finansów oraz przedstawiciel WHO i generalny inspektor sanitarny czyścili tysiąc dolarowe banknoty z koronowirusa, anfy i kokainy oraz krótką kolejkę zdrowych, której dzielny Gates rozdawał te prawdziwe szczepionki w postaci karty kredytowej Visa przy okazji stawiający stempel z licencją Windows na czoło i ramię, bez której nikt nie mógł kupić ani sprzedać.
Zadrżałem. Wyszedłem na ganek, słoneczko świeciło jakby świeżo po deszczu i moje ciało przeszył zimny, ale przyjemny dreszcz. Żyję jeszcze. Spojrzałem w niebo, a tam wysoko leciał bocian. - Uratowani! Uratowani! - wykrzyknąłem.

I wtedy to ktoś cicho powiedział mi do ucha - A czego to się drzesz. Dzieci pobudzisz.

1 komentarz:

  1. No nareszcie wpis przedstawiający rzeczywistość z polskiego punktu widzenia. My jesteśmy zacofani więc do nas światowe wynalazki (nawet wirusy) przychodzą znacznie później i w jakiejś takiej zdegenerowanej postaci. Też jestem po "odkażaniu".

    OdpowiedzUsuń

free counters Silver charts on InfoMine.com Silver charts on InfoMine.com Ogólnopolska Akcja Bojkotu Mediów III RP